stokrotkowo-nadmorska
komentarze [0]
Dobrze mi tu było, ale niestety straciłam cierpliwość (a zajęło mi to kilka lat!) do tego serwisu. Ostatnio znów nie dało tu się umieścić żadnej notki, bo wciąż oznajmiało, że serwis jest chwilowo niedostępny... Moje nowe miejsce to: klik! Zapraszam :)
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [0]
Godzina 20.00, a na dworze już czarna noc. Ja się nie zgadzam, lato wróć! Dziś był Dzień Wielkiego Sprzątania. A potem robiłam sałatkę z owoców. A ręce mi pachną bazylią, której okrutnie obrywałam listki. Dostaliśmy od dziadków "woreczek" jabłek, brzoskwiń i "troszkę" bazylii. Babuszka oszalała i bazylii dostaliśmy chyba cały łan, tak, że mogłabym z tym na targ pójść sprzedawać... Ale po co na targ, skoro mam Helgę, której miłość do bazylii jest wielka i wieczna :) (Twoja bazylijjja już na Ciebie czeka i więdnie z tęsknoty!) Jabłka częściowo czekają w koszach z wikliny na strychu, a częściowo już przerobiła je na dżemy moja siostra. Uwielbiam te jej dżemy, z dodatkiem migdałów i skórki pomarańczowej. Otwiera się je zimą, kiedy za oknem śnieg i nagle w domu pachnie schyłkiem lata. Dlatego lubię wszelkiego rodzaju mrożonki czy to owocowe, czy ziołowe i przetwory w słoikach. Swoim zapachem i smakiem przypominają o tych pięknych dniach, które były i jednocześnie sprawiają, że coraz niecierpliwiej przekładam kartki kalendarza w oczekiwaniu na kolejny słoneczny czas. Tymczasem jednak z szafki dobija się jesień pod postacią zapachu suszonych grzybów.
Troszkę mi smutno, że to już tak jesiennie i że lato uciekło tak niespodziewanie i szybko. I że było takie krótkie, teraz jesień będzie mi się dłużyć do pierwszego zimowego śniegu. A moje letnie sukienki ześlizgują się z wieszaków z niedowierzaniem, że to już, że teraz one będą musiały czekać kilka miesięcy bezczynnie. Z drugiej strony jednak cieszą mnie nieliczne słoneczne dni, pierwsze opadłe liście, które szeleszczą pod stopami i to, że drzewko przed moim domem ma już pierwsze czerwone liście. Uśmiecham się na myśl o gorących herbatach pitych pod kolorowym kocem. I znajduję radość w przymierzaniu nowych swetrów i otulaniu się szerokim, długim szalem. A mimo to z założeniem kurtki zwlekałam najdłużej jak mogłam. I marzłam w za cienkich ubraniach. Bo zawsze, kiedy pierwszy raz zakładam kurtkę, wiem już, że to koniec lata...
Umieram dziś na ból brzucha i nie chce mi się uczyć. Najpierw mi się nie chciało, bo się zmęczyłam tymi domowymi porządkami, a teraz mi się nie chce, bo tak. Jutro będę kuć, ile tylko sił w głowie. Dziś zamiast tego obejrzałam sobie jakąś polską komedię, bo grała w niej Stenka. Nie dość, że Stenka, to jeszcze w górach. Tych samych, w których byłam jeszcze 2 tygodnie temu. I tańczyła w góralskiej karczmie, i piła kawę na tle gór, i leczyła kaca na tle gór. Wiem, że rok temu tak samo tęskniłam za morzem, plażą i drewnianym domku, gdzie spędziłam jeden z najlepszych tygodni w moim życiu. Ale teraz tęsknię chyba jeszcze bardziej, bo to góry przecież...
A tak poza tym, oglądając zdjęcia na jednej ze stron, zakochałam się. W polach, stadzie bocianów, drewnianym domu, ptakach siedzących na przewodach z prądem, które wisiały nad jakąś łąką (wyglądało to jak sznur korali), błękitnym niebie. Miejsce istnieje gdzieś na Suwalszczyźnie prawdopodobnie. Patrzyłam na te zdjęcia i wiedziałam, że to jest miejsce, w którym mogę być szczęśliwa. I umrę, jeśli za rok tam nie pojedziemy! Bo przecież skoro rok temu morze, w tym góry, to naturalnie za rok Mazury i Podlasie! ;)
No i jeszcze:
"Lubię być kurą domową
Do pralki wrzucać problemy wraz z głową
Pralka pierze ja nie wierzę w nic
Słodko jest nie myśleć o niczym
Się zgubić we własnej spódnicy..."
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [2]
Dokładnie rok temu we wrześniu smażyliśmy rewalskie naleśniki i tropiliśmy tęczę, która zaczynała się w morzu, a kończyła gdzieś w wydmach. A więc w tym roku, logicznie rzecz biorąc - góry! Było cu-dow-nie! I klimatycznie, zwłaszcza w naszym kochanym polskim PKP. Całonocna podróż do Krakowa w 8 osób - boooosko. W pewnym momencie miałam wrażenie, że zawartość naszego przedziału to tylko i wyłącznie nogi, kłębiące się i próbujące sobie znaleźć trochę wolnego miejsca gdzie popadnie. Żeby to jeszcze były nasze znajome nogi, to pół biedy, ale mieliśmy 3 pary obcych nóg. Z tego 1 para była męska i usilnie wyganiała moje stopy, żeby mieć miejsce dla siebie. A 2 były nielegalnie, bo się dziewczynom nie chciało sprawdzić biletu i okazało się, że miejscówki owszem, mają wykupione w naszym przedziale, ale dopiero na dzień następny... Uroczo. W końcu jednak z dniem 31 sierpnia do Krakowa, jednej z moich miłości, dotarliśmy. Kraków objawił się gołębiami, zagranicznymi wycieczkami i słońcem prażącym. Kiedy dotarliśmy do naszej noclegowni, padłam z zachwytu. Hostel Deco (polecam gorąco!) okazał się miejscem zrobionym w konwencji 20-lecia międzywojennego. Na ścianach stare zdjęcia i rekwizyty, salon z odpowiednimi meblami, szachami i drewnianą sceną, a każdy pokój poświęcony jednej z aktorek z tamtych czasów. My mieszkaliśmy w pokoju o nazwie Pola, a na ścianach wisiały zdjęcia Poli Negri. Według mnie super miejsce, takie z klimatem. Warunki też dobre, a w cenie noclegu także śniadanie. Jedyne co, to fakt, że w pokoju mieliśmy 3 obcych, ale można to przeżyć. Zwłaszcza, jeśli jest to dwóch Chińczyków i jeden... właściwie nie wiem, co on był, chyba Anglik i oni wszyscy nie rozmawiają i jest tak jakby ich nie było. Widać tylko rozbebeszoną masakrycznie pościel (strasznie nieporządni są ci obcokrajowcy!), a jeden z Chińczyków zaznacza swą obecność strasznie długim zajmowaniem łazienki, choć kolejka do mycia się coraz dłuższa. Domniemany Anglik w ogóle wyglądał tak, jakby nie uznawał istnienia innych ludzi na tym świecie, poza nim samym. I nie spuszczał wody w toalecie. Ale nawet on nie zepsuł nam humoru.
Kraków jak zawsze cudny. Mimo, że na Rynku trafiliśmy na pobijanie rekordu w tańcu i tłumy fanów Ju Ken Dens. Mam im za złe tylko to, że przegonili gołębie, a bez nich krakowski rynek wydaje mi się trochę niepełny. Łaziliśmy ile się dało. Kazimierz zaniedbany, ale ma swój urok. Nareszcie był czas, żebym mogła spokojnie pospacerować po jego uliczkach. Był też oczywiście obiad w Chaczapuri (restauracji gruzińskiej), po którym już nie szłam, a toczyłam się. A na ciastko miodowo-orzechowe, które tam kiedyś jadłam nie mieliśmy już sił. Na Skałce trafiliśmy na ślub i osobliwie ubraną świadkową panny młodej. Łaziliśmy, łaziliśmy, łaziliśmy... Było też spotkanie z Judzią, która w Krakowie studiuje i okazało się wtedy jaki ten świat mały i że kręci się właściwie wokół naszego hostelu Deco. Hostel poleciła nam Dynia nasza, która poznała kiedyś dziewczyny w nim pracujące. Z Judytą się spotkaliśmy na Rynku i to właściwie też umówiliśmy się w ostatniej chwili, bo panowało głównie przekonanie, że J. jest obecnie w Szczecinie. (z Dynią i Judytą chodziliśmy prawie wszyscy do klasy w liceum) I kiedy Judzia nas pyta, gdzie się zatrzymaliśmy na nocleg, my mówimy, że w Deco, a ona robi dziwną minę i mówi "no co wy!". I natychmiast okazuje się, że ten przystojny i sympatyczny recepcjonista, który nam się tak spodobał, jest Judyty facetem :) W związku z tym wieczór zaplanował się sam automatycznie i wypełnił się grzanym winem w naszym hostelu z całym towarzystwem.
Poranek był bardzo osobliwy, a dokładniej śniadanie. Z siorbiącym i ciamkającym Chińczykiem. Im bardziej nam odbierało apetyt, tym bardziej Chińczyk werbalizował swoje śniadanie. A potem jak to Chińczyk, zrobił zdjęcie każdziusieńkiego kawałka kuchni, zabrał plecak i wyjechał. Oprócz tego wszystkiego był całkiem sympatyczny.
Nastał 1 września, dzieci ruszyły do szkół, a potem pubów zapić smutki po wakacjach, a my w autokar i do Zakopca! I tu mieliśmy już całe mnóstwo przygód. Mieszkaliśmy w Białym Domku z dziwnym właścicielem w środku i różnymi innymi ludźmi, np. tatą 1,5 rocznego Maciusia, który wyrywał nam Helgę, bezskutecznie oczywiście (tata, nie Maciuś). Zachwyt Helgi wzbudził bar Grota, wciąż bardzo PRLowski, w którym czasem bywaliśmy na obiedzie. Wiecie, popielniczki z firmowym napisem Społem i solniczki zrobione ze słoików z podziurkowaną i zardzewiałą zakrętką... Na szlaku z kolei spotykało się dużo przystojniaków, tak jakby tylko w górach istnieli, a u nas na nizinach jakoś niebardzo. A także Patyczaki zwane przez Mecenasa Wiecznymi Poszukiwaczami Śniegu - chodzenie z kijkami stało się teraz strasznie popularne (na nizinach mamy te do nordik łolkingu, a na wyżynach takie trochę jak do nart, podobno bardzo ułatwiają łażenie po stromych kamieniach).
Jako że, kiedy do Zakopca dotarliśmy i rozgościliśmy się w pokojach, na zegarku zrobiła się już późna godzina jak na wielkie wyprawy w góry, to tego pierwszego dnia postanowiliśmy zrobić krótką wyprawę, tak, żeby się troszku rozchodzić i czasu nie marnować. Najpierw Kościeliska, wodospadzik, z którego ukradliśmy wodę do butelek, a Ania pobrała prysznic, a potem Sarnia Skałka. Widok boski, więc trochę na nich zamarudziło się i kiedy wychodziliśmy z lasu, było już ciemnawo. Ale widoki były tego warte. Na szczycie odbyliśmy rozmowę telefoniczną z Damianem, pozdrowiliśmy Giewont, który zaraz obok, ale jakoś nie chciał nam odmachać, nakarmiliśmy się misiowymi żelkami oraz powstał film dokumentacyjny. A ja po pół godzinie odkryłam w jaki sposób nakłonić mój telefon do wysłania mmsa :)
Następnego dnia wielka wyprawa - powędrowaliśmy sobie na Czerwone Wierchy. Zmęczenie było duże, trochę kontuzji się nabawiliśmy, ale warto było. Po drodze sił dodawały dzikie maliny i jagody skubane z krzaczków rosnących na szlaku. Nigdy jeszcze nie jadłam tak pysznych malin! Oprócz tego od jednego starszego pana zaprawionego w bojach (taki górski człowiek) usłyszałam, że jestem prawdziwą górską chodziarką. Haha ja! Uśmiałam się ;) Widoki oczywiście zapierały dech i były całkowicie warte tego zmęczenia, choć lekko zamglone. Na sam szczyt Ciemniaka już niestety nie weszliśmy, chcieliśmy tym razem wrócić jeszcze z jasnością na niebie. A wszędzie, nawet na takich wysokościach, towarzyszyły nam nasze nieodłączne przyjaciółki - muchy wyglądające jak powiększone owocówki. Upiornie upierdliwe przyjaciółki. Z Anią spotkałyśmy także na szlaku Miłość Naszego Życia - ciemnowłosego, niebieskookiego przystojniaka z ujmującym uśmiechem, którego Mecenas jako jedyny facet w naszym gronie oczywiście musiał skrytykować. My się tym jednak nie zraziłyśmy, wcale! :) Wieczorem poszliśmy leczyć obolałe nóżki grzanymi napojami na Krupówkach w górolskiej Karcmie Zapiecek. Karczma objawiła się drewnianym wystrojem, starymi butelkami i kuflami na półkach, żelazkiem na duszę i innymi przedmiotami codziennego użytku sprzed sporej ilości lat, wielkimi drewnianymi saniami wiszącymi pod sufitem oraz piecem, a także pysznymi grzanymi napojami w ślicznych naczyniach (jedno oczywiście znalazło się całkiem przypadkiem w posiadaniu Helgi) i menu pisanym po góralsku z górolskimi wiersykami, z których się zaśmiewaliśmy. Ale karczma objawiła się jednak przede wszystkim młodymi góralami śpiewającymi i grającymi na żywo. Bez wątpienia genialny chwyt marketingowy, przyciągający turystów - nas przyciągał codziennie ;)
W środę postanowiliśmy odpocząć, ponieważ nasze nogi trochę protestowały, a więc środę poświęciliśmy na samo Zakopane i oczywiście Karcmę Zapiecek wieczorem.
Czwartek był dniem 5 Stawów. Idzie się teraz trochę inaczej z racji zamkniętej drogi na Morskie Oko, ale te panie w słabych butkach i z dziećmi chyba tego nie wiedziały, cóż... Ja się cieszyłam, że wreszcie te stawy zobaczę, bo kiedy byłam tam pierwszy raz, była okrutna mgła biała jak mleko, więc szło się jak w Dolinie Muminków w jednym z odcinków bajki, a wody było widać tyle, co tuż przy brzegu. To oczywiście miało swój urok, ale teraz nareszcie mogłam podziwiać widoki. W schronisku oczywiście wielki kawał pysznej szarlotki, szkoda tylko, że nie na ciepło. I szybki powrót, żeby zdążyć do... teatru. Teatr Witkacego zachwycił mnie lokalizacją na zupełnym odludziu i rysunkami Witkiewicza skopiowanymi na ścianę jednego z budynków (zwłaszcza Dziewczynka Śmierdzionóżka, z której po prostu nie mogłam). Przedstawienie ("Barabasz") trudne, ale warto czasem trochę wysilić swój mózg. A chwilami przechodziły mnie ciary. Ale, że mamy szczęście do dziwnych wydarzeń, to nie mogło być spokojnie. W pewnym momencie aktorzy zmieniając scenografię zaczęli znosić jakoś podejrzanie dużo świec na scenę, a potem wyszła pani dziwnie ubrana (tzn. po współczesnemu) i okazało się, że zniknął prąd i zapraszają nas na przerwę i herbatę (Dilmah w ładnych filiżankach). Mecenas został na sali, a my ze Stelką i Helgą (Ania została w domu) poszłyśmy napić się herbatki. W pewnym momencie obok nas pojawia się dziwny człowiek: "No czeeeść. Często tu bywacie?" Na szczęście zaraz prąd się odnalazł, więc umknęłyśmy spowrotem na salę. Po przedstawieniu, kiedy już wychodziliśmy z teatru, dziwny człowiek znów się pojawił, udając że nie wie jak z tego odludzia wyjść do centrum i przyłączył się do nas. Okazał się być Przemysławem z Ustki, co przyjechał sam, bo co ma się nudzić w domu. "No to... tego... w sobotę wyjeżdżacie? A ten pociąg jedzie przez Słupsk?" Na szczęście sytuację uratował Mecenas, za co go błogosławimy po wsze czasy. Wyjął z kieszeni wyłączony telefon i bardzo głośno powiedział: "Cześć Ania, my już jesteśmy po, mamy przyjść po ciebie do domu, tak?" (w tym momencie Stelka zdziwiona popatrzyła na swój telefon, czemu właściwie Ania dzwoni do Mecenasa, a nie do niej :) Pożegnaliśmy się z Przemysławem z Ustki, który tylko prychnął i czym prędzej polecieliśmy w odwrotną stronę, niż Przemysław from Ustka. Oczywiście przez to trochę się zgubiliśmy i znaleźliśmy się koło zakładu pogrzebowego, zamiast na Krupówkach, przez co Ania przed Karcmą Zapiecek trochę się na nas naczekała. Co prawda Stelki mama z ogromną pewnością siebie przed wyjazdem powiedziała jej, że w tym Zakopcu znajdzie Miłość Swojego Życia, no ale bez przesady!
W piątek postanowiliśmy wjechać na Kasprowy i stamtąd pójść do Murowańca, w związku z tym wstaliśmy o 6.00. Pod Kasprowym okazało się jednak, że niepotrzebnie, bo za mocno wieje i kolejka nie działa... Ale co będziemy dzień marnować! I ruszyliśmy do Murowańca na własnych nogach. Widoki jak zawsze cudne, ale szarlotka już mniej smaczna. Wieczorem miał być grzaniec pożegnalny, ale z niego odpadłam, bo dopadła mnie jakaś ptasia grypa, potem także Mecenasa, co się śmiał i go pokarało. Ania ze Stelką po grzańcu poleciały jeszcze do Zapiecka, gdzie okazało się, że były urodziny akordeonisty, który już spał na akordeonie, a wiolonczelisty w ogóle nie było, bo już dawno odprowadzono go do domu, a sytuację starał się ratować skrzypek Andrzej, ale słabo mu to szło...
I nastała sobota, kiedy to Stelka ruszyła na swoje geograficzne ćwiczenia, a my po południu w autokar do Krakowa i tam pociąg, który nas wywiózł z naszej Ziemi Obiecanej na wstrętne niziny... Podróż tym razem kuszetką, więc nawet spaliśmy. Razem z nami kuszetką podróżował Pan Ojciec z małą Paulinką. Paulinka chyba była pozbawiona węchu, ponieważ spała przytulona do jednej ze stóp Pana Ojca, którą to miała opartą na czole i czule obejmowała tatę za kostkę u rzeczonej stopy. Zanim ja zasnęłam, usłyszałam jak Helga na swojej pryczy pod sufitem rechocze się w śpiworku, a po chwili dostałam smsa o treści takiej: "Najbardziej współczuję jego córce! To taka tygodniowa skarpeta sztywna jak maczuga herkulesa!" I dostałam spazmów ze śmiechu.
Szczecin przywitał nas mżawką i obrzydliwą szarością. Dostaliśmy depresji nizinnej, którą to wczoraj leczyłyśmy z Babeczkami oglądając już wszystkie zdjęcia z gór, zajadając się malinami i rozgrzewając grzańcem. Na niziny zawitała już podła jesień, w drodze do domu myślałam, że zamarznę. Ja chcę lato! I góry!
Ps.
Wybaczcie za tak dłuuugi opis, ale stwierdziłam, że muszę. Żeby pamiętać nawet za rok, jak mi było cudnie.
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [1]
Proszę państwa, wróciłam! Strasznie to szybko minęło wszystko, aż żal! Najpierw wykopaliska, potem góry moje ukochane i ani się obejrzałam, a tu już drugi tydzień września...
Wykopaliska były faaajne, choć oczywiście nie pobiją tych moich pierwszych w Gdańsku, bo te są najwspanialsze, wyjątkowe i w ogóle naj. Teraz siedziałam sobie w Koszalinie dla odmiany. Koszalin ciekawym miastem jest. I posiada ciekawych ludzi... Tylko podróż była trochę męcząca, bo około trzygodzinna i to jeszcze w towarzystwie wycieczki młodocianych (a nawet bardzo młodocianych) Niemców. Prawie każde z tych dzieci, kiedy weszło do pociągu, powiedziało "szajse". Gdybym nie znała niemieckiego, pomyślałabym, że Niemcy posiadają tylko jedno określenie na wszystko i porozumiewają się jak ludy pierwotne. Koszalin przywitał nas szarością i deszczem. I od razu pojawił się problem, jak dotrzeć do naszego mieszkania, które z K. miałyśmy wynajmować (a dokładnie miałyśmy wynajmować pokój u jednego pana). Pani w kiosku na dworcu udzieliła nam wskazówek, ale potem pomagały nam kolejne trzy osoby i każda miała własną teorię na temat bardzo zajmujący, czyli: jak u licha dotrzeć na ul.Bajkową? Najlepsza była pani z pypciem na nosie, która upierała się, że Bajkowa w ogóle nie istnieje i ignorowała zupełnie fakt, że dziabałam jej palcem na mapie, gdzie jak byk widniał napis "Bajkowa". Na szczęście uratował nas jakiś młody przystojniak i na tę nieszczęsną Bajkową w końcu dotarłyśmy. Na miejscu okazało się, że właściciel wygląda na nawiedzonego, ale ma boskiego psa, oraz że pokój mamy w piwnicy, w której było zimno i nic nie chciało schnąć. Chciał nas też podstępnie zagazować smrodem z lodówki, ale się nie dałyśmy.
Pech chciał, że wykop był w samym centrum, więc zasuwałyśmy codziennie o 7.00 rano przez pół godziny, żeby o 7.30 stawić się przed ratuszem, gdzie kopaliśmy. Swoją drogą ratusz mają koszmarny, jak żywcem wyjęty z PRLu, a podobno wpisany w rejestr zabytków i nie można go ruszyć. A my też kopaliśmy ratusz, tyle że taki, który spłonął w XVIII w. Co rusz wychodziły cegły od murków, czy posadzki z cegieł, więc czasem ktoś w otchłani swojego wykopu nucił "a mury runą, runą, runą"... Pod nami piach, cegły oraz woda podciekająca z wód gruntowych, a nad nami chmara obłąkanych gołębi mieszkających na Rynku (miały zwyczaj latania bardzo nisko, tuż nad wykopem). Od razu pierwszego dnia naszego pobytu przylazł nawiedzony dziennikarz. Napstrykał chyba z miliard zdjęć i sobie poszedł. Potem powstał głupi artykuł o tym, że nic nie robimy, tylko usuwamy skutki deszczu (w wykopie woda i piach co spłynął z profilu, ale to normalne i trwa godzinę, a potem już się kopie normalnie, ale tego pan nie zauważył już). Cóż za brak profesjonalizmu! Zaraz też przyszedł pan z telewizji regionalnej i on także filmował jak usuwamy skutki deszczu oraz podziwiał "te panie jak się męczą z łopatami". Padłam na cyce, kiedy nad nami przeleciała chmara wygłodniałych gołębi, a on zachwycony powiedział "jak romantycznie!". No rzeczywiście romantycznie - ludzie ubabrani błotem z łopatami w ręku, a nad nimi chore psychicznie gołębie...
Generalnie już wiem jak się czują zwierzęta w ZOO. Teren wykopu był ogrodzony płotem z siatką, za którą ciągle ktoś przystawał i albo się gapił, albo o coś pytał, albo robił zdjęcia. Ludzie to też przeróżni - jedni zaciekawieni tym, co robimy, inni tylko na nas krzyczeli, np. taka Fioletowa Panna. Stara, gruba, w fioletowym swetrze, z rozwichrzonym włosem idzie i wrzeszczy na nas. Ale trochę to przerażające, jak ludzie są mało uświadomieni o potrzebie takich badań... Ale zdarzały się też miłe rzeczy, np. ostatniego dnia, kiedy z dziewczyn zostałyśmy tylko K., ja oraz nasza kierowniczka wyrywał nas sympatyczny staruszek. Podszedł i pyta czy znajdujemy tu jakieś skarby, więc się śmieję i mu mówię, że całe mnóstwo. A on na to: "Nie, myli się pani. Największe skarby to te trzy panie, co tu pracują". :) Oprócz tego, to myliśmy się po pracy z największego brudu pod rynkową pompą, która stała zaraz obok, a siedzące na ławeczce przy pompie menele śpiewały nam piosenki.
Nie wychodziło tak dużo fajnych rzeczy z ziemi, ale też nie było tak znowu źle. Np. kule armatnie się trafiały albo też paciorki z bursztynu. Znalazłam kilka fajnych rzeczy, np. kawałek fajki i śliczny dzbanuszek, pobity oczywiście, ale nie tak drobno jak najczęściej się znajduje ceramę, tylko duże kawałki. Brakowało mu chyba tylko dna :) Były też przęśliki i forma odlewnicza oraz sprzączka do paska pochodząca z tej formy - nie mam pojęcia co robiły w ratuszu. No i beczki po śledziach. W jednej z nich znalazłam drewnianą łyżkę :) Ludzie czasem dziwnie patrzą, czemu się tak cieszę czymś takim. Ale mnie się to wydaje niesamowite dotykać coś, czego kilka wieków temu ktoś używał.
Nie było tak rozrywkowo, jak na moich różnych poprzednich wykopach, ale też nie było tak źle. Rozruszałyśmy z K. trochę towarzystwo :) I nawet cała góra naleśników jedzonych z cukrem lub keczupem z braku innych produktów, wszystkim smakowała (może dlatego, że z M. i M. wmówiłyśmy chłopakom, że dodałyśmy piwa do ciasta). Trafiłyśmy też nad morze do Mielna, a nawet do Grecji. No do Grecji, to prawie - dzięki festiwalowi w Koszalinie, gdzie był dzień grecki i jeden Grek z "Europa da się lubić" duuużo opowiadał i robił pyszną sałatkę grecką, którą to potem zjadłam. Były też mini góry, czyli "wyprawa" na Górę Chełmską i wieżę widokową na niej, z której widać było nawet morze :)
Jednak co to jest dwa tygodnie? Szybko minęło i już trzeba było wracać... Nie było mi jednak specjalnie smutno, bo tylko doba spędzona w domu, szybkie pranie i przepakowywanie plecaka i... Witojcie góry! Ale o tym już w następnym odcinku... ;)
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [1]
Nareszcie się dzieje! Dużo nawet! A jutro wyjeżdżam, nareszcie wyjeżdżam! Zamierzam pracować, kopać w piachu, wydłubywać same wspaniałości i dobrze się bawić. I czasem zajrzeć nad morze. O!
Do przeczytania po powrocie! :)
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [4]
Bałagan w głowie.
Lipne te wakacje. Nic nie udaje się tak jak miało. Chyba nie warto planować. Szukam pracy, której wszędzie pełno. Tylko wszędzie przyjmują zgłoszenia i każą czekać. Więc wydzwaniam, odwiedzam różne miejsca, składam cv i czekam, czekam, czekam. Bez sensu. Całe wolne dnie próbuję jakoś zagospodarować. A to film, a to książka, a to podręcznik włoskiego, ale męczy mnie taka bezczynność. Kiedy indziej - np. w ferie po sesji błogosławiłabym taki stan. Ale nie teraz, kiedy mam 3 miesiące wakacji, minęła już 1/3, a ja nie robię nic konkretnego. Nie chodzi o to, że np. nie pracuję. Bardziej o to, że nie zdobywam nic, że nie mam celu. Że dni mi mijają i właściwie jest bez różnicy, czy to środa, czy niedziela. I trwam tak w zawieszeniu, sufituję. Większość czasu sama, bo moje Babeczki zaganiane albo zajęte miłością - jedna z drugą żegnają na długi czas, trzecia wita po długim czasie. Beznadziejne te wakacje.
Trafiają się na szczęście jakieś spotkania towarzyskie, mało, bo mało, ale zawsze coś. Np. wyjazd do Pobierowa (hej przygodo! :D) z niespodziewanym noclegiem, czy noc filmożerców z zimnym makaronem i dużą ilością węgla na pizzy. Fajne to było :) Ale teraz znów posucha będzie, bo się wszyscy rozjeżdżają...
W dodatku straciłam dach nad głową. Dosłownie! :P Remont dachu trwa już drugi tydzień jakoś, jeśli nie więcej (straciłam rachubę). Póki były upały, było okej, teraz zaczęły się deszcze, więc oczywiście zalało mi pokój - już drugi raz. Z lampy leciało dziś jak z niedokręconego kranu, a sufit zaczął się łuszczyć. Kocham remonty!
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [0]
Pierwsze moje wakacje bez Woodstocku od kilku lat. Z przeróżnych powodów. Smutno i żałuję, ale widocznie tak to miało być. Za rok stanę chyba na rzęsach i pojadę. Woodstock ma tylu przeciwników, że pewnie narażam się wielu, pisząc to. Ale dla mnie to jest coś ważnego. Niby tylko kilka dni koncertów, pełno kurzu i pijanych ludzi, brak ciepłej wody, a zamiast toalety toi-toj. Ale to wszystko ma w sobie jakiś urok. To chyba chodzi o to, że spotyka się tyle pozytywnej energii w pozytywnych ludziach. Że idziesz sobie, a ludzie się do ciebie uśmiechają tak po prostu. Że tu nikt nie boi się być sobą, ani wyglądać inaczej. Że można przystanąć i pogadać z kimś, kogo nie znasz, kiedy tylko masz na to ochotę i nikt cię nie wyzwie za to. No i koncerty. Nie dlatego są mega, bo grane z mega sceny, ani dlatego, że liczą tysiące tysięcy publiczności. Ale dlatego, że ludzie je tak mocno przeżywają i tak chętnie w nich uczestniczą, i tak bardzo ich chcą. Myślę, że gdyby nagle zamiast tego morza ludzi, pod sceną na koncercie pojawiło się osób 50, ale reagowałyby tak samo żywiołowo, to koncert byłby taki sam jak ten dla całego tłumu. Woodstock to takie kilka dni nieba na ziemi. Myślę, że tam, w niebie, jest podobnie, jeśli chodzi o atmosferę - dużo radości i pozytywu, i przyjaźnie do siebie nastawieni ludzie.
No i po co to pisałam? Teraz jeszcze bardziej tęskniąco...
Co tam jeszcze... Winko się robi nadal. Jest już uzupełnione o kilka litrów wody i kilka kilogramów cukru. I nadal wygląda obrzydliwie. I utrudnia mi usypianie w nocy, kiedy już przekraczam granicę snu i jawy, a tu nagle słyszę wyjątkowo głosne BULG.
Wczoraj mieliśmy akcję z królikiem. Zadławił się biedaczek, już nam prawie umierał. Pierwsza pomoc dla królików jest naprawdę trudna. Ale uratowany, co poświadczył też potem bardzo sympatyczny weterynarz. Wyglądał jak przyrumieniona bułeczka. :)
Z pracą i wykopami nadal lipa. A mnie bolą nogi - reumatycznie...
Poza tym mam pod oknem wieżę z rusztowania (remont dachu trwa). Tylko nie ma księcia, co by się po niej do mnie wspiął. Pan Adam się wspina dziarsko, ale on się nie liczy, bo on się wspina w sprawie dachu, a nie żadnej księżniczki.
To chyba tyle na dziś. Zaczął się sierpień. 1/3 wakacji już za nami. Smutno...
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [2]
Drugi dzień przerabiania jabłek. I oto jest - 15,6 kg papierówkowej paćki. Wygląda okropnie, a śmierdzi jak zwykły jabol. Ale poczekajcie, poczekajcie! :D Na razie w baniaku tylko ta breja, jeszcze bez wody, bez cukru i drożdży, ale wszystko w swoim czasie! Minutę po tym, jak wcisnęłam korek, usłyszałam takie nieśmiałe "bulg!", a potem następne, już odważniejsze. Teraz bulgocze w najlepsze, nawet powiedziałabym, że bezczelnie. Dobrze, dobrze, niech sobie bulgocze!
Muszę opracować inną drogę rowerową. Szkoda, bo ta jest dość fajna i spotkałam na niej Ciocię Basię z jej nowym-albo-już-nie-takim-nowym facetem (Ciocia Basia to moja nauczycielka z dawnych lat - tylko wtedy rozumiałam fizykę!). Ale droga moja ma też swoje minusy, np. sąsiada z obrzydliwym psem. Pies jest rasowy i cholernie drogi, ale wygląda jak lekko powiększony nietoperz. Obrzydliwy! No i zatrzymał się po środku strumyka (jedynym chyba, w którym jest jeszcze woda, mimo upałów!), który przejeżdżam zawsze lekko rozpędzona i z nogami do góry. Bardzo lubię tak chlapać na boki :) Ale ten upiorny Nietoperz chyba trochę ułomny jest, bo widząc nadjeżdżający rower i swojego pana, co do niego woła - co robi? Oczywiście stoi jak ten muł na samym środku i uniemożliwia jakikolwiek przejazd! No tak, ale było o tym, że muszę sobie zmienić trasę... I to właśnie przez psa! Jest sobie taki śliczny odcinek drogi z brzózkami. I na tym odcinku raz spotkałam psa. Ludzi nie było, pusto, tylko ten pies. Następnego dnia siedzi dokładnie w tym samym miejscu. Było jeszcze bardziej pusto. Przestraszył mnie, nie powiem. Nic nie robi, nie warczy, nie szczeka, tylko tak sobie siedzi i patrzy wielkimi oczami. A wygląda tak dziwnie i tajemniczo, jak psy ze strasznych bajek i filmów. Jest duży, cały czarny, tylko na "klacie" biały. I tak patrzy... No straszny jest! Każdego innego psa bym się nie bała, a ten jest strasznie niepokojący. Boję się tamtędy teraz sama jeździć...
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [2]
Na dworze okropnie gorąco od kilku dni. Kto to widział takie upały? Pamiętam, jak dawno temu byłam na kolonii we Włoszech. Tam dzień w dzień było po 30-33 stopnie, ale jakoś w ogóle nie było czuć tego gorąca. Klimat inny, u nas to jest strasznie uciążliwe. Znów nie spałam w nocy. Za dużo myśli i wszystkiego. No i ta wszechogarniająca duszność, jakby dom nocą oddawał ciepło pochłaniane w dzień. Jest gorąco 24 h na dobę.
Jedynie las mnie ratuje. Późnym popołudniem robi się chłodniej, a cień w lesie jest wybawieniem. Jeżdżę wtedy na rowerze. Oj tak, rower to jest dobra rzecz. Pozwala na chwilę zapomnieć o smutkach, oderwać się od domu. Lubię tak jechać przed siebie, czuć wiatr na twarzy, czuć się wolną od wszystkiego, co złe. Taka pozorna, krótka ucieczka.
Przez moje ręce przeszło dziś 1,5 wiadra papierówek. U Babeczki-Sylwii podobnie. Robimy nasze summer wine! Damian ostatnio na spacerze na tę wieść wypalił z radością: "Aaaa, jabol będzie?" Nie zna się, to będzie summer wine, a nie jakiś pospolity jabcok!
Jutro minie tydzień. A ja siedzę i wciąż tęsknię... I myślę, co by było gdybym poczekała jeszcze trochę. Dała jeszcze szansę. Może nie warto było tego tak kategorycznie ucinać? Może lepiej było dać odczuć mocno, że jak nie będzie poprawy, to koniec, ale dać więcej czasu na tę poprawę, niż dałam, a z tym końcem poczekać? Pewnie gdyby nie przyjął tego tak obojętnie ("skoro tak chcesz"), gdyby próbował zawalczyć, zgodziłabym się na drugą szansę, poczekałabym. Ale nie chciał, nie zawalczył, nie poprosił albo nawet nie powiedział stanowczo "spróbujmy"...
Z jednej książki:
"Chciałabym, żeby wziął mnie za rękę i poprowadził. Żeby się o mnie starał, żeby mu zależało... Tak! Chcę czuć, wiedzieć, że on bardzo mnie pragnie, że jestem dla niego najważniejsza! I niech mi to mówi, pisze! Nie chcę się niczego domyślać! Niech mnie kocha! A ja dam mu całą siebie taką, jaka dziś jestem - ciepła, czuła, tęskniąca."
A w domu wciąż jestem powietrzem...
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [1]
Randka. Muszę ładnie wyglądać. Dla niego! Ale nie mam się w co ubrać! Aaaa! Gorączkowe przeszukiwanie szafy. Wszystko jest nie takie - za małe, za duże, za smutne (przecież nie idę na pogrzeb!), nie pasuje do siebie. ...5 minut później - nadal nie mam się w co ubać! Może to? Przymierzę. Nie... Dobra, zrobię makijaż, może w międzyczasie najdzie mnie wena jakaś. ...makijaż gotowy, ale weny brak. No to jeszcze włosy wysuszę. ...czas nagli. Yhm, niech więc będzie to. Co prawda wolałabym czarną bluzkę, ale w końcu - nie idę na pogrzeb! Cholera, nie mam rajstop! Trudno, pójdę bez, najwyżej trochę zmarznę. Prfumy, gdzie są moje perfumy! Jeszcze tylko ostatnie zerknięcie w lustro. No, no, nawet nieźle jest. Aaaa, autobus mi zwieje, lecę!
...jakiś czas później:
- Może wstawajmy z tej ławki i przejdźmy się, bo trochę mi się zimno zrobiło...
- Bo żeś się ubrała!
- Powinieneś mi powiedzieć: "Dorotko kochana, jak ty ładnie dziś wyglądasz"! A nie "żeś się ubrała"...
(tonem pod tytułem "babo, nie pieprz tyle tylko chodźmy gdzieś") - No. Ładnie.
**********
Koniec smsa pierwszego: tęsknisz za mną?
Odpowiedź pierwsza, ani słowa o tęsknieniu.
Koniec smsa drugiego: ale tęsknisz za mną?
Odpowiedź druga, ani słowa o tęsknieniu.
Koniec smsa trzeciego: nie mówisz mi, że tęsknisz, bo wcale nie tęsknisz?
Odpowiedź trzecia: jestem ostatnio taki zmęczony, że nie mam na nic czasu ani sił.
**********
- Spotkamy się za dwa dni?
- Nie, pracuję.
- To za trzy?
- Nie, bo to, to i to. I jeszcze tamto muszę zrobić.
- A pójdziesz ze mną wieczorem na imprezę?
- Nie, bo następnego dnia mam na 7.00 do pracy.
- ...
**********
- Dziewczyno, tylko nie płacz. Nie mogę znieść, kiedy kobieta przy mnie płacze!
(i zamiast przytulić, siedzi obok, a ja całą sobą zmuszam się, żeby łzy wbrew prawom fizyki, wpadły tam, skąd wypadły)
**********
- Spotkajmy się chociaż na pół godziny.
(wkurzony) - Żeby przyjechać do Ciebie na pół godziny, to musiałbym się teraz wykąpać i przebrać - pół godziny, dojechać - kolejne 40 minut itd. I tak z pół godziny dla Ciebie zrobiłyby mi się 4, a tyle czasu to ja nie mam!
**********
(wkurzony) - Właśnie się dowiedziałem od ojca, że nigdzie nie wyjeżdżamy.
- O, to masz dwa dni wolne. Nie denerwuj się. Hmmm musisz wypocząć. To może wybierzemy się jutro na całodzienną wycieczkę gdzieś za miasto? Albo wpadnij do mnie i zrobimy sobie maraton filmowy :)
- Nie, bo jutro jadę załatwić to, to i to. I jeszcze zrobię siamto.
- Yyyy. Aha. Ale to nic, mogę pojechać z Tobą - pobędziemy trochę razem.
- Nie wiem, ile mi to zajmie.
- No to spotkajmy się po południu.
- Dobra.
...jakiś czas później:
- Nie zobaczymy się, bo muszę iść do pracy. Spotkamy się następnego dnia.
Następny dzień:
- Co tam? Ja maluję pokój.
- Malujesz? Przecież mieliśmy się spotkać.
- Nie mam czasu, maluję!
**********
- To koniec.
- Skoro tego chcesz, to niech tak będzie.
**********
Nie miałam nawet mu jak dać kamyka w kształcie serca, którego specjalnie poszukiwałam ostatnio na plaży. Dla niego. Żeby mu było miło.
Dobrze zrobiłam. Nikt by nie wytrzymał z pracoholikiem wyzbytym wszelkich uczuć, prawda? Dobrze zrobiłam, prawda? Prawda?
Samotnie...
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [7]
"Nieszczęście jest takie nieszczęśliwe, że człowiek czuje się jak zagubiony kot."
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [0]
Zawsze myślałam, że mam stalowy żołądek. Bo taki był, ale się zepsuł. Boli i krzyczy na mnie, że mu dałam dziś popalić. Próbuję go uspokoić herbatką z mięty z ogródka, ale jakoś niezbyt pomaga. To dlatego, że ostatnio mało jem i to raczej delikatnie. Do dzisiaj. Bo dzisiaj były 80-te urodziny Dziadka mego, a Babuszka jak to Babuszka - zaszalała w kuchni. A przy jej szaleństwach kulinarnych nawet nie trzeba jeść dużo. Wystarczy spróbować odrobinkę wszystkiego, a człowiek się czuje jak po Wigilii - tyle tego jest. No to teraz mam. Jutro post!
Urodziny przejawiły się tym, że dziadek zaśpiewał najgłośniej z nas wszystkich sam sobie sto lat i ujawnił kolejne wersje kilku swoich opowieści. Do tego dowiedzieliśmy się (ale to już nie od dziadka, tylko kuzyna), że w Niemczech mają teraz szał na jeże pigmejskie afrykańskie, które to hodują z uwielbieniem niemieckie nastolatki zamiast psów, kotów czy sztucznych tamagoczi. Mają takie fajne małe różowe łapki. Jeże, nie niemieckie nastolatki. Maleńkie jeżyki trzeba karmić samodzielnie, bo często mają wyrodne matki, które ich karmić nie chcą. A jeśli matka jest niewyrodna, to po nakarmieniu swojego jeżyka masuje mu brzuszek językiem (nie wiedziałam, że jeże niemowlęce mogą mieć kolkę tak jak ludzkie niemowlaki!). No więc jeśli taki niemiecki nastolatek trafił na jeżyka z hodowli wyrodnej matki, to sam go musi niemieckim palcem miźgać po brzuszku i odkolkowywać. Dżizas! Swoją drogą, jak byłam mała, to marzył mi się taki własny jeż. Nie wiem czemu, ale jeże zawsze wzbudzały we mnie pozytywne uczucia. Więc jak na Morelowym Wzgórzu zobaczyłyśmy z Babeczkami jeża, który w najlepsze podpijał mleko z kociej miski, to się ucieszyłam, bo ostatnio tych kolczaków nie widuje się za często. I nie szkodzi, że z otwartego pyszczka pociekło mu mleko, kiedy przerażony naszymi okrzykami zachwytu, zdrętwiał udając, że go nie ma :) (tak na marginesie, jak już mowa o marzeniach z dzieciństwa, to marzył mi się też mały biały domek z ogródkiem, ale koniecznie musiał mieć czerwony dach. Wszystkie domki na rysunkach robiłam zawsze z czerwonym dachem, nawet miałam specjalną kredkę do dachu o odpowiednim odcieniu czerwieni! Czy byłam nienormalnym dzieckiem?)
No dobrze, ja dalej piję miętową herbatkę, słucham nocnej muzyki w Trójce i zachwycam się filmem, który dziś widziałam - "Apartament". Cudny film, ale ja nie mogę takich ogladać, bo cały czas się denerwowałam, że film się skończy, a Piękna Helena Trojańska nie spotka się z Dżoszem Chorym Z Miłości. To naprawdę nie na moje nerwy! Hmmm brzmi jak telenowela peruwiańska i właściwie wiele podobnych filmów powstało. Ale ten był naprawdę dobry i wcale nie miało się pewności, że oni na pewno się spotkają. I muzyka dobrana. I Coldplay na sam koniec. Mniam :)
I już mi nie jest smutno. Na smutki dostałam od mamy ślicznego słonecznika w doniczce! A poza tym smutków już nie ma, bo wszystko się wyjaśniło, a ja jestem bogatsza w doświadczenia i chyba ostrożniejsza. I uboższa w kilka nieprzespanych nocy. Ale to nic, to nic, najważniejsze, że znów jest dobrze. No bo jakie byłoby to moje życie bez Was, Babeczki i Piotrek? Już wiem jakie - takie jak dziecko, które samotnie skacze w kolorowych kaloszach po kałużach - jest radość, ale nie ma jej z kim podzielić. Albo takie jak samotne zjedzenie ciągnącej się krówki, kiedy chciałoby się śmiać z tego, że nie można nic wyraźnie powiedzieć, ale nie ma się do kogo śmiać. Oj tak, tak, potrzebuję Was strasznie!
Wybaczcie za sentymenty, taka noc :)
Ale - nie licząc gorszych dni, jest pięknie. Jest pachnące słońcem zboże, ale i pachnący deszczem las. Jest Moryń, pola i ukwiecone łąki dookoła niego, jezioro. Jezioro, nieruchoma tafla wody, na której nieruchomo stoi łódeczka, a w niej rybak, również zupełnie nieruchomy, a dookoła nieruchome drzewa, bez odrobiny wiatru w koronach liści. I gdyby nie deszcz, który nagle niespodziewanie zaczyna padać, i lekko mąci wodę, można by pomyśleć, że patrzy się na ogromny obraz namalowany przez uduchowionego i zupełnie spokojnego malarza. A w tym wszystkim, po zewnętrznej stronie obrazu szalona dwulatka, a nawet nie do końca dwulatka, która nie potrafi usiedzieć spokojnie ani chwili. Jest też podróż w okolice Czaplinka. Mkniemy autkiem ile sił w kołach, w radiu tym razem muzyka przedpołudniowa od Manna sympatycznego i wszechogarniające poczucie wolności. A potem kolejne jezioro i łabędzie. Lekkie fale kołyszą białą łódeczką, a w niej ja, a we mnie radość dziecka. Niezliczone ilości bocianich gniazd z całymi bocianimi rodzinami. Dzikie ptaki drapieżne zataczające koła nad polami. I zachwyt, zachwyt, zachwyt. Że świat może być taki piękny!
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [2]
"Świat był ziarnem piasku, zapomnianym przez Boga...". To cytat z jednej książki. Dobry cytat. Myślę.
...
Rety, jakie to okropne, przeżyć coś jakby deżawi, ale z innymi ludźmi. Wszystko tak samo, tylko główne role inaczej obsadzone. Okropne, okropne, okropne.
I smutno.
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [6]
A wszystko dlatego, że ludzie nie umieją ze sobą rozmawiać. I słuchać.
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [0]
