"Znów płakałam, wczoraj znów płakałam... że nie umiem na skrzypcach grać... i że wszyscy umrzemy, wszyscy... i że któregoś dnia mój syn zostanie całkiem sam..." (Hey-"Dosyć poważnie")
Płakałam... Za przeszłością... Za dzieciństwem... Za przedszkolem pachnącym ciepłym mlekiem... Za przyjaźniami z podstawówki... Za wesołymi chwilami w gimnazjum... Za zwariowanym czasem liceum... Za jaskółkami i mewami, które mnie budziły, kiedy nocowałam u Babuszki jako dziecko... Za jaskółkami na wieczornym niebie, które obserwowaliśmy jeszcze w czerwcu z Kimś... Za ciepłem dobrych chwil... Za ludźmi, którzy niegdyś byli mi tak bliscy... Za ludźmi, którzy są mi bliscy teraz... Za czymś nieuchwytnym i nieokreślonym, co kiedyś miałam, a czego nie mam teraz... Za jesienną pajęczyną za moim oknem, którą rozwiał wiatr... Za dorosłością, w którą wchodzę i która mi się nie podoba... Za tą dziwną samotnością, która mnie opadła... Za życiem teraźniejszym... Za tym przyszłym też... Za pięknem świata, które zapiera dech w piersiach, jednocześnie nie wiedzieć czemu, ściskając serce... Za szelestem suchych jesiennych liści pod nogami... Za melancholijną muzyką... Za pamięcią ciepłych i bezpiecznych ramion, w których można się ukryć przed światem... Za nadzieją, że jeszcze znów będzie tak, jak sobie marzę...
Tęsknota, nadzieja, strach, żal... Jak to się wszystko przeplata...
I wcale nie jestem jakoś specjalnie smutna. Czasem tak trzeba sobie popłakać. Choć nie zawsze pomaga...
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [7]
No. Tośmy sobie prezydenta wybrali. :/
Jeśli wygrał ktoś, kogo głośno wsparł pasiasty Lepper i o.Rydzyk, to jak ta Polska będzie wyglądała za 5 lat?
"Poooolska, mieszkam w Poooolsce..."
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [9]
Jestem właśnie po zajmującej lekturze "Kodeksu Hammurabiego"... Ciekawe rzeczy można tam znaleźć... Ot, na przykład coś takiego (z pominięciem tych znaczków oznaczających paragraf, bo nie wiem jak je zrobić na tej klawiaturze; nawiasy w ilości dużej nie są moją pomyłką, to normalne w tych tekstach źródłowych):
"133. Jeśli obywatel został uprowadzony (w niewolę) i w domu jego jest co jeść, żona jego [zatroszczy się o dom jego i] ciała swego upilnuje, (do domu) innego (mężczyzny) [nie wej]dzie;
133b. jeżeli zaś kobieta ta ciała swego nie upilnowała i do domu innego (mężczyzny) weszła, kobiecie tej udowodni się to i do wody wrzuci ją.
134. Jeżeli obywatel został uprowadzony (w niewolę) i w domu jego do jedzenia (nic) nie ma, (a) żona jego do domu innego (mężczyzny) weszła, kobieta ta kary nie poniesie."
Wniosek nasuwa się sam... Lepiej mieć pustą, niż pełną lodówkę... ;P (tak więc Syndrom Lodówki Studenckiej - tzw. SLS - jak najbadziej pożądany hehe)
Ojjjj studia chyba źle mi robią na umysł... :P
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [8]
Ojjjjj... Chyba niepotrzebnie wylazłam ostatnio na babuszkowo-dziaduszkowy balkon w nocy, by podziwiać mgłę... W samej koszuli nocnej wylazłam...
(swoją drogą koszula pasowała do tej mglistej nocy, rozpuszczone włosy i bladobłękitna koszula do kostek... sama wyglądałam jak jakaś mglista zjawa... :P )
Apsik! Apsiiiik!
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [6]
Noooo dooobra :) To ja już w domku po nocach u Babuszki i Dziaduszka. Czas na trochę pisaniny.
Po pierwsze: KULTowy koncert! :D Łuuuuuuu... Działo się, działo! Ciekawych ludzi się trochę poznało (np. czyjegoś Lubego :> ), spotkało parę znajomych twarzy (np. Aśkę pozbawioną dreadów, chlip), a przede wszystkim poszalało się. Trzeba tylko zapomnieć o dupnej organizacji, przez którą wpuścili nas jakieś 40 min. później i która nie wiedziała, do których drzwi nas kierować; i o pazernej pani w szatni, która brała złotówkę nie za wieszaczek, a za każdą rzecz osobno (praktykowaliśmy więc upychanie rzeczy po torbach i rękawach kurtek); i o kolejce do damskiej "tułalety" :P (męska tym razem się nie nadawała, bo za dużo facetów przy pisuarach... za to śmiechu miałyśmy równie dużo hehe) Po odstaniu swojego-wreszcie koncert. "Barankiem" oczywiście rozpoczęty (odśpiewałam także za Ciebie, Dynio, wspominając nasze chóralne śpiewy z niegdysiejszej majowej wycieczki hehe). A potem "Pasażer" i całkowite szaleeeeństwo ;) Działo się, działo :) Wszystko mnie potem bolało, a w uszach szumiało, ale warto było! A gdy Kazik pojawił się jeszcze z saksofonem, to umarłam (czy już wszyscy wiedzą, że szukam faceta z saksofonem? :P ). Całkowicie mnie zaskoczyło reggowe wykonanie "Piosenki młodych wioślarzy", po prostu genialne było. Jak dla mnie, koncert mógł być jednak dłuższy o kilka kawałków, m.in. "Dom wschodzącego słońca"...
No i to by było na tyle, jeśli chodzi o dorkowe jesienne koncertowanie.
Po drugie: dalszy ciąg życia studenckiego. Czyli wydeptywanie ścieżek w drodze do ksero i wydawanie tam całego swojego dorobku (kasa zarobiona na myciu okien w sobotę pewnie też niedługo wyjdzie, ale za nim wyjdzie, trzeba pójść choć raz na piwo, a jeszcze lepiej-grzane wino...-to cicha sugestia wspólnego wyjścia skierowana do Was, Babeczki :P ).
Po trzecie: obserwacje socjologiczne i panowie sikający przy drzewach przy ścieżce na skraju Parku-Żeromskiego-Z-Posągiem-Mickiewicza (to, co, że było już ciemno, ścieżka jest dość mocno uczęszczana) - czyli jak to księżycowa pełnia działa na ludzi... :P
Po czwarte: w tym tygodniu mieszkam sama z Dziaduszkiem, bo Babuszka się zamieniła chwilowo we wczasowiczkę. Dziaduszek jest o tyle specyficzny, że dużo gada, a jak nie gada, to zrzędzi. Dziś jednak pojechał czarnym świtem na grzyby, więc ranek spokojny. Tu wielki ukłon w stronę radiowej trójki, która mi o 6.50 puściła "Smells like teen spirit" Nirvany na dzień dobry. Tak to ja bym mogła wstawać zawsze :D
Po piąte: zdecydowanie nie podoba mi się nasza płaska łacinniczka oraz Różowy Szalik - pani do Wstępu do badań historycznych... Będzie ciężko. Natomiast nasza anglistka chodziła z Jimem Morrisonem, za przykład wykonawcy współczesnej muzyki podała Kurta Cobaina i wyśmiała jakiś studentów, którzy jej powiedzieli w zeszłym roku, że teraz to się słucha grupy Bon Jovi... :D
Po szóste: dzisiejszy dzień. Najpierw okazało się, że jestem na angielskim z wredniejszą częścią grupy, z którą integrowaliśmy się przy piwie kiedyś w czwartek, a którzy to teraz zadzierają nosa i w ogóle się odgradzają od reszty "pospólstwa" - czyli nas. Potem w ławce koło mnie usiadła "marvelous Magda" - dowodząca tej grupie... Szczerze mówiąc, mam ich gdzieś, szkoda mi tylko, że wprowadzają taką głupią atmosferę... Następnie nieopatrznie przyznałam się anglistce, że przerabiałam już w liceum pokazany nam podręcznik, no i zostałam przeniesiona do wyższej grupy. Ma to swoje minusy, bo teraz angielski rozwala mi cały dzień, bo jest od 12.00-13.30... Podróżuję łącznie ok. 3 godzin po to, żeby 1,5 godz. spędzić na uniwerku... :/ No i będzie więcej nauki. Ale za to będę miała chyba sympatyczniejszą grupę. ;) Na koniec wlazłam po odstaniu swojego na przystanku, w nieszczęsną 60-tkę, nie patrząc na tabliczkę, bo przecież wiem, gdzie 60-tka jeździ... A tu mnie niespodziewanie wywiozło i na jakimś wygwizdowie powiedziało, że to zajezdnia i trzeba wysiąść... Trochę się pogubiłam i nie dotarłam ponownie na przystanek 60, ale jak się okazało - 53 też mnie może dowieźć ;) Tak, nie ma to jak zwiedzanie...
Po siódme: jest pięknie! Ten księżyc, te gwiazdy... I mgła... Nocno-poranna, unosząca się nad światem... Nie mogę się na nią napatrzeć...
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [12]
Chciałabym się zakochać...
"...serce pojemne jak przedwojenna wanna i pragnienie, by ją wypełnić..." (Hey-"4 pory")
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [0]
Z życia studenckiego:
Dni się zaczynają i kończą jak szalone. Nie nadążam. A wciąż tyle spraw do załatwiania. I wszystko się tylko piętrzy i narasta. Wciąż niedosypiam, bo noc taka krótka. Bywa, że o 20.00 już mi się oczy zamykają. Ciągle mam coś do zrobienia, bo dzień taki krótki, a rzeczy tak dużo. A to przecież dopiero początki... Zaczynam się bać...
Moja głowa ciągle nie chce przyjmować wiadomości, które muszę w nią wtłoczyć. A lista grubych ksiąg coraz większa...
Babuszka z Dziaduszkiem chcieliby, żebym ciągle siedziała u nich w domu, zamiast biegać po mieście za sprawami...
Wtorki w autobusie nr 60, którym chce się dojechać na 8.00 na Koniec Świata, są koszmarne...
Idiotycznie rozłożone zajęcia na uniwerku ze zbyt dużą ilością okienek rozwalają cały dzień...
Okienka owe bywają straszliwie nudne. Ale bywają też śmieszne oraz owocne w ciekawe rozmowy... (np. o ludziach o odmiennej orientacji seksualnej) Okienka są również niezłymi wyprawami, kiedy to z nudów szwendamy się wszystkimi korytarzami budynku na końcu świata i odkrywamy zadziwiające rzeczy. Np. bufet, w którym można kupić "jajecznicę i bułkę z 3 jajek" albo zupę dnia i który to bufet jest zaopatrzony w dużą ilość przeróżnych rodzajów moich ukochanych herbat Liptona. Odkrywamy także drugą szatnię i kilka innych podejrzanych rzeczy. A także idziemy dziwnym korytarzem, który niespodziewanie wyprowadza nas do budynku ekonomii (jest to niespodziewane, bo była pewność, że wydz. humanistyczny i ekonomik są w całkiem oddzielnych budynkach).
Mikroklimat na końcu świata jest na tyle specyficzny, że przed naszym szalenie kolorowym wydziałem w środku października kwitną polne kwiatki, zwłaszcza maki. Maki Kasię i mnie cieszą szczególnie (obie z tego samego Imperium Zła zwanego liceum, dla którego maki są symbolem prawie narodowym). Zrywamy więc po jednym i dumnie niesiemy na zajęcia. Prawie jak ogromne maki z bibuły, które przy okazji szkolnych uroczystości wisiały na ścianach.
W bibliotekach brakuje książek. A Plutarh podobno jest tylko w dwóch egzemplarzach na cały Szczecin. W dodatku wypożyczony.
Na ksero wychodzi majątek. A niektórzy z mojego roku już kombinują, co będą robić po studiach jako historycy bądź archeolodzy. Oczywiście pracować w ksero na uczelniach.
Trwa ciągłe integrowanie się, co to różnie wychodzi. Ostatnie było wczoraj. Poznawaliśmy życie studenckie w akademiku. Odchodziły akcje z przemycaniem ludzi i butelek, w czym pomogła pralka. Chowanie się w szafie też było, choć bezużyteczne. Najwspanialszy autobus linii 107 jednak wzywał, więc trzeba było wcześnie wracać.
A jutro koncert Kultu. Oj, będzie się działo!
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [2]
Dziś środa, czyli Rudzielec (czyli niby ja ;) ) jest już po dwóch nocach u Babuszki w tym tygodniu. Jak to dobrze, że istnieją Dziadkowie, u których można nocować, kiedy się ma na 8.00 rano dojechać na koniec świata! Gdyby jeszcze tylko Babuszka i Dziaduszek :D zrozumieli, że mam prawie 20 lat i nie jestem z porcelany, i nie muszą się martwić za każdym razem, kiedy wyruszam w ten niebezpieczny świat, który jest poza ich domem... No, ale jeszcze może uda się ich odpowiednio utemperować ;)
Do poprzedniej notki powinnam jeszcze dodać, że oprócz zdarzeń tak przyziemnych jak studiowanie, istnieje jeszcze ŻYCIE. A owo życie, to:
spotkania autobusowe-niespodziewane z Voidem i różnymi takimi innymi ludźmi; wszechobecne ogromne i te mniejsze pajęczyny mieniące się w słońcu wszystkimi kolorami świata (niestety ostatnio zaczęły ginąć, porywane przez wiatr...); ostatnie zabłąkane świerszcze i coraz bardziej kruche motyle; las niesamowicie pachnący; liście delikatnie opadające z drzew przy powiewie wiatru; kolorowe liście klonów na chodnikach; to wyjątkowe poranne powietrze z igiełkami chłodu; kolorowe niebo przy wschodach i zachodach słońca; ciepłe barwy jakie całemu światu nadaje październikowe słońce; księżyc i gwiazdy; śmiech; dziecko opowiadające coś z zapałem swojej mamie na ulicy; słońce odbijające się w spokojnej wodzie jeziora; dzieci ze śmiechem karmiące łabędzie; gałązki wierzbowe zanurzające się w wodzie; poranne krzątanie się Babuszki w kuchni i zapach kawy; wspomnienia z dzieciństwa; kubek z niebieskim misiem; ludzie wyprowadzający psy z samego rana; młode matki z wózkami w południowym słońcu... To jest, proszę państwa, Życie...

(wakacyjne słoneczniki sprzed dwóch lat, słaby film i aparat, więc i zdjęcie nie najlepsze, ale za to posiada słoneczniki. bo słoneczniki to też życie)
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [8]
Uhuhuuuu...Tyle wydarzeń, że nie wiadomo, od czego zacząć...
Czwartek, 29 września
Dzień adaptacyjny na uniwerku. Zrywam się więc z samego rana, by na 10.00 dotrzeć na koniec świata, czyli ul.Krakowską. Na miejscu pod salą spory tłumek ludzi. Poznaję jednak już pierwsze osoby, znam już też pewną Kasię z liceum, więc nie jest źle. Dalej jest już sala, siedzimy na niewygodnych krzesłach, wszystko jednak nowe i ładne. Siedzimy bardzo długo, bo całość zajmuje nam od 10.00 do ok. 14.30... A wszystko przez opiekuna roku, niejakiego G. Opiekun roku, który się zresztą spóźnił, strasznie rozgadany, opowiadał nam nawet o swojej znajomości z o.Janem Górą... (do sali wpuścił nas jakiś inny profesór, który to zaczął wychwalać nas i US, jakby w ogóle było co wychwalać... przy porównywaniu US z UJ - na korzyść US oczywiście - myślałam, że spadnę z krzesła) Wciąż jednak znamy za mało konkretów dotyczących samych studiów. Poza tym do akcji wkracza pani od niemieckiego, która została przez wszystkich podsumowana, jako Pani Gestapo... A więc Pani Gestapo szybko zbiera listę ludzi chcących się uczyć niemieckiego i wychodzi. Dalsza akcja znów spowalnia się za sprawą G. Akcja ulega całkowitemu spowolnieniu, prawie zatrzymaniu, gdy wkracza anglista. Mówi tak cicho, że prawie go nie słychać. Anglista zajmuje jakieś pół godz., bo nie wie jak zebrać listę chętnych na angielski, potem ją zbiera baaardzo długo, potem znów bardzo długo coś przekreśla, wykreśla, ustala, w końcu wychodzi. I tak do 14.30. W ten czas jest też wliczona pani bibliotekarka, ale szkolenie biblioteczne przebiega jej niespodziewanie szybko. Największy bal jest, gdy okazuje się, że w ogóle nie ma listy z archeologami, choć powinna być, bo 1 rok historia i archeologia są razem. Gdy lista wreszcie zostaje zdobyta i po wielkich problemach zostaja rozpisane grupy, okazuje się, że w dalszym ciągu 13 osób w ogóle nie ma na liście głównej. Nie istnieją. Przynajmniej na uniwerku. Z wielkich balów, to jeszcze jest, kiedy G. próbuje poprzestawiać cały czwartkowy rozkład zajęć do góry nogami... Wychodzimy bardzo zmęczeni. Po dzisiejszym dniu na uniwerku stwierdzam, że chyba nic już nie będzie w stanie mnie zdziwić w ciągu mojej egzystencji tam. (potem okazuje się, że jednak się mylę)
Piątek, 30 września
Pobudka po 5.00 rano, by na 8.00 dostać się na koniec świata ponownie. W duchu płaczę za 5 miesiącami lenistwa i przeklinam autobusy jeżdżące nie wiadomo po kiego grzyba przez całe miasto na około. Oczywiście na miejscu okazuje się, że nie trzeba się spieszyć, bo wykładowca dociera do nas dopiero na 8.15. Oho, akademicki kwadrans daje o sobie znać. Pierwszy wykład. Historia starożytna ziem polskich. Wstęp sympatyczny, bo o Indianie Jonsie. Zapowiada się ciekawie i tak jest przez całe 1,5 godz. Przerwa. Następnie kolejny wykład: historia starożytności. Wychodzimy przerażeni, bo już dostaliśmy listę 15 lektur + 15 podręczników, których to znajomość wymagana na egzaminie. Koniec, więc wreszcie można dać odpocząć mięśniom i zmysłom, głównie słuchu (pani od 30 książek mówi strasznie cicho, chyba kupimy jej mikrofon i głośniczki...) Kolejka do dziekanatu mnie przeraża, więc wracam do domu. (później okazuje się, że dobrze zrobiłam, bo archeolodzy, którzy stali po 2 godz., gdy wreszcie docierali do celu, dowiadywali się, że legitymacji archeologii jeszcze nie ma. były wszystkich innych, tylko nie archeologii...)
Weekend
Mija bardzo szybko.
Poniedziałek, 3 października
Znów zrywam się o nieludzkiej porze (5.15) i docieram na 8.00 na łacinę. Oczywiście błądząc najpierw labiryntami wydz. humanistycznego, w gorączkowym poszukiwaniu sali. Tu okazuje się, że są 2 grupy na raz, bo druga łacinniczka nie przyszła. Na szczęście jakoś sobie radzimy. Poznajemy śmieszne stworzonka w łacińskim języku, czyli dyftongi oraz głośno liczymy sylaby i stawiamy akcenty. Potem następuje sześć godzin okienka (okna właściwie) i o 16.00 historia starożytności-starożytny Wschód. Nudzimy się tragicznie, nawet sam wykładowca wygląda, jakby nudził się tak samo tragicznie, a w chwilach, gdy co chwilę milknie, zerkam sprawdzić, czy przypadkiem nie zasnął... Dostajemy masę kserówek z jakimiś dziwnymi rozkładami wszystkich rzeczy, które mamy w tym semestrze z nim zrobić. Robi się zamieszanie i w końcu nikt do końca nie wie, co dokładnie mamy przygotować na ćwiczenia za tydzień. Oczywiście kserówek jest dużo za mało, bo wszystko "wyszło" dla grup poprzednich. Dokserować nie mamy jak, bo ksero już dawno zamknięte. Zmęczeni nudnym facetem wychodzimy wreszcie przed 18.00 z Krakowskiej.
Wtorek, 4 października
Po wielkim zamieszaniu i dochodzeniach wreszcie wiemy, że dziś wolne z racji inauguracji i godzin rektorskich, czy czegoś równie dziwnego. Legitymacji nadal nie posiadam przez G., który coś poplątał z dniami otwarcia dziekanatu. Legitymacji brak, więc nie mogę jeździć po szczecińskich bibliotekach i załatwiać sobie książek. Idę do biblioteki u siebie. Okazuje się oczywiście, że jest zamknięta. Zazwyczaj zamykają ją w poniedziałki, ale tym razem i tylko teraz, jest nieczynna właśnie w ten wtorek. W dodatku dowiaduję się od koleżanki z roku, że w Książnicy już nic nie ma. Wracam zła do domu.
Złość ustępuje o 20.00, kiedy to, już jak co tydzień, uczymy się tańczyć salsę, cha-chę i walc angielski. Umieramy ze śmiechu z naszą grupką, z którą chodzę. Dołącza do nas Damiana po długoterminowych namowach. A więc tańczę z Damianą. Salsa wychodzi nam do pierwszego obrotu, bo kiedy ja się obracam, on nie wiedzieć czemu - także, a potem oboje pękamy ze śmiechu ;P Cha-cha nie wychodzi kompletnie, co również jest powodem głośnego śmiechu. Za to walc po pierwszych podeptanych nogach idzie popisowo, mimo, że czasem piszczę. (i tak Ci nieźle szło jak na pierwszy raz hehe) :D Wracam zmęczona, za to bardzo rozluźniona.
Środa, 5 października
Dziś również wolne, bo kolejna inauguracja. Tak do końca nikt nie wie, czy faktycznie wolne mamy, ale cóż... Skoro G. sam powiedział, że wolne, to wolne, w końcu opiekun roku chyba najlepiej wie.
Biblioteka moja wreszcie otwarta. Udaje mi się niestety zdobyć tylko jedną książkę. Bo pół godz. przede mną ktoś wypożyczył 3 inne potrzebne...
Z tatą odkrywamy, że przyszedł przelew z wypłatą za moją sierpniową pracę. Krew się we mnie burzy, kiedy odkrywam, że jest ok. 40 zł za mało... Potem okazuje się, że Sylwii, z którą pracowałyśmy razem, też zapłacili za mało.
Czwartek, 6 października
Z ciężką torbą (dźwigam różne rzeczy, bo na noc zostaję w Szczecinie u babci) na 14.00 docieram na uczelnię na spotkanie organizacyjne odnośnie ćwiczeń z historii starożytności-starożytnej Grecji i Rzymu. Wychodzimy stamtąd znów przerażeni. Ilość książek się piętrzy niebezpiecznie, za to miejsc, gdzie je wszystkie zdobyć można - brakuje. Następnie 45 minut informatyki naukowej. Z G. I zamiast dokładnie dowiedzieć się, co z pracą semestralną (idiotyczną zresztą), która to już jest na 20 grudnia, a wymaga naprawdę dużo pracy, my musimy wysłuchiwać o: rodzinie G. i o tym, jak robiąc drzewo genealogiczne wyszło mu, że pochodzi z rodziny szlacheckiej; o koniach, kopytach, kasztankach; o tym jak pobił 30-letniego menela, który mu groził w nocy na dworcu i że mamy tego nie robić; o tym jak w biały dzień napadli na jego koleżankę posiadającą 180 cm wzrostu; o pięknie porannej rosy na trawie; o tym jak go studenci podwozili na pociąg; jest też psioczenie na współczesny świat pełen morderstw. I wiele, wiele innych. Gdy jednak G. zaczyna rozważania filozoficzne na temat, co zielony groszek, a nawet dwa zielone groszki, robią w sałatce, stwierdzam, że chyba zaraz wyciągnę jakieś kable z komputera i się na nich powieszę... (komputery oczywiście wyłączone. siedzimy z dziewczynami w 6 przy jednym)
Rozdają już też indeksy w dziekanacie. Ci naiwni archeolodzy, którzy stoją dziś w kolejce oczywiście nic nie dostają, bo są indeksy wszystkich, tylko nie archeologów...
Potem następuje załatwianie kilku spraw, odbieram też wywołane wreszcie zdjęcia. I to nie byle jakie - z kliszy pożyczonej od Marty. Zdjęcia jeszcze z 2004 roku. Wracają wspomnienia. A na zdjęciach i wypad do Lipian, i jednodniowy pobyt w Świnoujściu, no i nawet mój pierwszy Woodstock... Pięknie, pięknie!
Wpadam do babci na obiad i wypadam zaraz potem. Bo wreszcie pierwsza integracja mojej grupy. Kiedy wreszcie wszyscy się schodzą, jest nas kilkanaście osób, szkoda, że nie wszyscy, ale to innym razem ;) Siedzimy przy stolikach na dworze w jednej z ciasnych uliczek nowej-starej Starówki (uwielbiam atmosferę starówek). Pijemy piwo. Gadamy. Jest dużo śmiechu. Jest dobrze.
Piątek, 7 października
Po nocy u babci na szczęście mogę wstać całą godzinę później, bo o ile bliżej na uniwerek. A na uniwerku znów dwa wykłady. A potem ląduję pod dziekanatem. Tłumek ludzi, jednak brak jakiejś konkretnej kolejki, wszyscy stoją stłoczeni na hura przed drzwiami... Załatwienie sprawy zajmuje mi jednak tylko ok. 10 min., bo do biurka z historią tylko pojedyncze osoby, więc szybko idzie. A więc mam legitymację. A nawet indeks, bo wreszcie też się pojawiły. Jestem pełnoprawną studentką! Hura! (wstęp do wszystkich klubów mam wreszcie za darmo ;) ) A potem jest jeszcze kilka godzin biegania po Szczecinie, załatwiania spraw. Zwłaszcza tej ostatniej w kolejności - wyjaśnienia sprawy za małej wypłaty z naszym pracodawcą. Docieramy z Sylwią na miejsce, a babka patrzy na nas zdziwiona i mówi:"no jak to? przecież umawiałyśmy się, że teraz dostaniecie tą pierwszą wpłatę, źle policzoną, a w przyszłym miesiącu dopłacimy wam jeszcze tą brakującą kwotę plus wynagrodzenie za tak długie czekanie"... Dziwne, bo jak tam byłyśmy poprzednim razem, strasznie nakręciła, ale nic takiego nie powiedziała...
I nareszcie powrót do domu...
***
A więc tak wyglądał pierwszy tydzień z życia początkującej studentki. (następnym razem nie będę pisać tak szczegółowo, nie martwcie się :D ) Powoli przestaje mi się to studentkowanie podobać. Jedyne co jeszcze mi się podoba, to możliwość poznania tylu nowych ludzi, zniżki w klubach (do których i tak często chodzić nie będę, bom ja z tych biedniejszych studentek) i historia starożytna ziem polskich...
A to bardzo zielony dowód tego, kim przez najbliższe lata będę:

;)
stokrotkowo-nadmorska
komentarze [4]