Kocur ukochany
11:10:20, środa, 30 listopada 2005

Speszyl for studenci:



Atrakcji dostarczyła poniedziałkowa "Gazeta Wyborcza".

;)

stokrotkowo-nadmorska
komentarze [10]

"...heaven is a place on earth..."?
21:23:56, niedziela, 27 listopada 2005

Zielony kubek pełen zielonej herbaty. Trzymam go w dłoniach, ogrzewając się jego ciepłem. W moich uszach słuchawki, a z nich muzyka. Patrzę na ekran komputera. I jest mi po prostu dobrze.

stokrotkowo-nadmorska
komentarze [2]

Z serii: Babeczki są boskie...
00:35:59, sobota, 26 listopada 2005

Wtorek, 15 listopada
Na kursie tańca dopada nas myśl, że jedna z Babeczek - Sylwia ma w sobotę urodziny. Postanawiamy urządzić jej przyjęcie-niespodziewajkę. Przez kilka następnych dni spiskujemy.

Piątek, 18 listopada
Kupujemy składniki potrzebne do produkcji tortu i udajemy się na Wichrowe Wzgórze do Stelki w celu jego wykonania. Produkcja tortu dostarcza wiele śmiechu.
Jadłospis piątkowego popołudnia u Stelki: kremy, bo za dużo wyszło; pół dżemu wyjadanego prosto ze słoika; 2 (3?) parówki zjedzone przez Helgę i zagryzane kanapkami; na koniec przerażająca ilość budyniu. Wszystko popite dwoma kubkami herbatki (każda). Nie wiem jakim cudem dotoczyłyśmy się do domów. ;)
Były też takie głupoty, jak wpadanie w błoto, tort o zapachu grzybowym, czy wiotkość stawów w pomarańczowych rękawiczkach, jakie podebrałam mamie.
Wszystko to razem nieźle odstresowuje...

Sobota, 19 listopada
Finał spisku. Problem z przystrojeniem tortu wychodzi na pierwszy plan, w momencie, kiedy Stelka i ja próbujemy ubić śmietanę z proszku pod tytułem "śnieżka". (a mówiłam, że to jest lewe i nie wychodzi, to mnie nikt nie słuchał :P) My, mądre kucharki postanawiamy ją zagęścić... mączką ziemniaczaną, a jakże. Żebyśmy chociaż pomyślały o zagotowaniu jej... A gdzie tam, sypiemy proszek prosto do tego czegoś, co przypomina bitą śmietanę z koloru i lekkiej pianki. Jak łatwo się domyślić, nic to nie daje, więc sobie przypominamy o żelatynie, ale jest za mało czasu, więc wstawiamy wszystko do zamrażalnika w nadziei, że to coś da. Daje nie wiele, więc po prostu polewamy nieszczęsną śnieżką tort, co wygląda jak lukier... Wreszcie zjawia się Helga. A na koniec nasza solenizantka. Wtykamy w tort jakieś dziwne fajerwerki (nowocześnie tak ;) ) i zaskoczonej Sylwii śpiewamy 100 lat. Prezenty, uściski, życzenia. I prezenty. Dość nietypowe, bo zrobione własnoręcznie lub częściowo własnoręcznie ;) A potem okazuje się, że wina mamy jak zwykle za dużo i jakoś wysoko-procentowego... A potem są 3 godziny nieustającego śmiechu ze wszystkiego. ;) Wieczór baaardzo udany! Niech mi też ktoś zrobi takie urodziny :D

Czwartek, 24 listopada
Zgromadzenie Babeczkowe u Helgi w celu wspólnego obejrzenia zdjęć z sobotnich urodzin. A zdjęcia są... Ouuuu... ;) Tu oczywiście nie pojawią się prawdziwe zdjęcia dokumentacyjne, jedynie ich namiastka. ;)


Tort z napisem z oklapłej śnieżki. Ta wysypka na nim to tylko kakao ;) No i dziurka w środku po fajerwerku. Niektórym kojarzy się z filmem "American pie"... :P


Korkociąg Edward. Ze sztucznym korkiem, żeby mu przykro nie było, że się nie przydał.


Wino raz


Wino dwa. W innym kieliszku, bo jakoś myć się nie chciało...

stokrotkowo-nadmorska
komentarze [3]

Z ostatniej chwili
12:52:07, piątek, 18 listopada 2005

Przed chwilą, ledwo zdążyłam dodać poprzednią notkę, zadzwonił do mnie... Kret. Pan Kret z Nowego Dnia. Powiedział "haloooooo". A potem gadał całe 41 sekund. Sztucznym, nagranym głosem. Nie wiem nawet, co powiedział, bo zastanawiałam się, czy jak odłożę słuchawkę, to maszyna zadzwoni jeszcze raz. Następnym razem spróbuję.

stokrotkowo-nadmorska
komentarze [12]

Szaaaaaleństwo!
12:45:24, piątek, 18 listopada 2005

Weekend jak zwykle minął za szybko. A potem zaczął się kolejny tydzień. Ale za to jaki szalony tydzień! Głównym jego wydarzeniem były... otrzęsiny! We wtorek czytamy plakaty zawiadamiające nas o otrzęsinach, które są w środę... :P Chętnie by się poszło, ale klub zdecydowanie Nie-Tygryskowy, bo Soho (czyt. szczocho :D ). Wiadomo, różowe mini i te sprawy. Byłam tam raz - na połowinkach i po 6 godz. czegoś w rodzaju: umc-umc-umc-jazdaaaaaa-umc-umc-umc-sohooo-umc-umc-umc... stwierdziłam, że moja noga nigdy więcej tam nie stanie. Otóż, nigdy nie mów nigdy (or "never say never" :P)! Zostałam namówiona. Poza tym, mając do wyboru nieprzespaną noc i stukanie w komputerze 5 stron pracy o ulicy na zajęcia z szanownym G. (khemm) na czwartek, i mając drugie wyjście - nieprzespaną noc i szlajanie się po szczocho (bądź w innym klubie), chyba słusznie wybrałam wyjście nr 2. Teraz już wiem, że słusznie. ;) Po drodze z przygodami (wizyta w akademiku oraz jakże ekscytująca podróż tramwajem z bachorami wyzywającymi jakiegoś faceta, który sie miotał po całym wagonie) dotarliśmy na miejsce, po odstaniu w ogonku, po zostaniu spsikanymi obficie lakierami z brokatem (nawet moim glanom się dostało :P) i po dostaniu ogonów z bibuły, które natychmiast pogubiliśmy, weszliśmy na salę, gdzie okazało się, że nie ma już wolnych stolików. A jak nie ma wolnych stolików, to co będziemy tak stać - idziemy na parkiet! ("should I stay or should I go...") I w ten sposób przetańczyłam kilka godzin... Szczocho mnie mile zaskoczyło, bo nie było żadnego umc-umc. Tylko wielkie przeboje! No i szaleliśmy przy Twistach, Labambach, Beatelsach... ("Heeeeeyyyy yaaaaaa!") Dawno się tak nie wytańczyłam! ("Whoa-oa-oa! I feel good, I knew that I would, now /I feel good, I knew that I would, now /So good, so good, I got you!") Gorąco, duszno, ludzi pełno, ale co to dla nas - archeologia jest wytrzymała ;) ("...I’m your venus, I’m your fire at your desire...") Oprócz szalenstw dostaliśmy trzepaczkami do dywanów po tyłkach od naszych władz uniwersyteckich. A potem jeszcze, uwaga, uwaga... koncert Golden Life! Łoj, się działo! ;) Tylko tym moim paskudom się zachciało odmiany i musiałam za nimi poleźć do Baila i to już nie było fajne :P Ale tak poza tym, to noc bardzo udana. "Co za dzień! What a night!" ;) Tylko jak wróciłam do domu (przed 3.00), to nie miałam już siły na nic. A następnego dnia... Na zajęciach z G. było podobno 6 osób... Potem jeszcze ćwiczenia z historii starożytnej Grecji i Rzymu. Jakoś dziwnie niemrawi byliśmy ;)

Dziś tylko jeden wykład, więc już od jakiegoś czasu siedzę sobie w domu i odpoczywam. W. mnie jeszcze do Kontrastów wyciągała, ale przecież ja nie dam rady! Po południu spiskujemy z Babeczkami. Spiskujemy już od wtorku, finał chyba w sobotę. Póki co, nie zdradzę, o co chodzi, żeby nie zapeszyć.

Oj, dni mijają jak szalone. Nawet nie zdążyłam napisać o pierwszych mandarynkach w długi pierwszo-listopadowy weekend. Ani o krukach. (kruki są dla mnie jednym ze szczegółów jesieni, bez których ta pora roku nie mogłaby istnieć) Ani o bożonarodzeniowych reklamach (też pierwszo-litopadowy weekend). Ani nawet nie wspomniałam, że nowi sąsiedzi zakończyli wreszcie ten koszmarny remont. Od początku sierpnia do połowy listopada... Trzy i pół miesiąca... Co prawda nadal coś tam jeszcze robią, ale już nie hałasują. Bogu dzięki! :) Ani nie zdążyłam o tych wszystkich księżycach, słońcach o niesamowitej barwie, mgłach... A w środę w nocy, kiedy wracałam przez łąki nocnym autobusem z otrzęsin, pięknie było... Całkiem bezchmurne niebo. I księżyc w pełni, świecący tak jasno. I gwiazdy, jakby jeszcze intensywniej mrugające, by blask księżyca ich nie zagłuszył... I to powietrze z tysiącem igiełek zimna przyjemnie kłujących w twarz.

A dziś spadł śnieg. Pierwszy śnieg. Tak na niego czekałam. I wreszcie jest. To nic, że tylko odrobinka, że się zaraz stopił, że momentami zamieniał się w najzwyczajniejszą w świecie mżawkę. Był i to się liczy. Opadał spokojnie i cicho na moje włosy, kiedy stałam na przystanku. Taka odrobinka poezji w zwykłym, wydawać by się mogło, poranku.
:)

stokrotkowo-nadmorska
komentarze [2]

Cynamonowo
21:54:40, sobota, 12 listopada 2005

Najbardziej znienawidzonym przeze mnie pytaniem jest chyba:"no co tam słychać?". Zadawane zaraz po słowie "cześć/hej/siema/itd.". A najbardziej lubią je zadawać ludzie, z którymi rzadko się widuję, bądź rozmawiam i nie mają pojęcia (lub mają, ale tylko z grubsza) co rzeczywiście się w moim życiu dzieje. Na zadane pytanie wypadałoby odpowiedzieć. Ale właściwie co odpowiedzieć? Trudno tak na wstępie od razu wyrzucić swoje życiowe radości i problemy (tych jakoś ostatnio więcej) komuś takiemu. A gadanie typu:"no wiesz, studiuję, bla bla bla..." już mnie śmiertelnie nudzi. I w ten sposób człowiek zmuszony jest do odpowiedzenia:"dzięki, że pytasz, wszystko w porządku." No i mamy typową angielską rozmówkę na dzień dobry. Nawet się to jakoś mądrze z angielska nazywa, tylko zapomniałam jak... Tak często to przerabiam, że jak ktoś zadaje takie pytanie, to natychmiast mnie to zniechęca do dalszej rozmowy (także, ludzie, uważać :P ). A co najciekawsze, rzadko kiedy rozmowę w ten sposób zaczynają ludzie bliscy, a także ludzie może mniej bliscy albo wcale, ale za to inteligentni...

To tak tytułem wstępu. A więc "co tam u mnie słychać?"... :P Kolejny tydzień bycia studentką za mną. Coraz bardziej przestaje mi się podobać. Z łaciny kolokwium za niedługo, więc wkuwanie gramatyki trzeba będzie uskutecznić jeszcze bardziej. Pani Różowy Szalik szaleje, więc na wtorkowy wstęp do badań historycznych nie poszłam... Hirek nasz nagle z Poczciwego Starszego Pana, który wzbudzał instynkty macierzyńskie w Kamili (tak mi powiedziała) przeobraził się w Starszego Pana Z Ciętym Językiem i dowcipno-ironicznie dowalił naszym "ukochanym" Gorylkom (jak łatwo się domyślić, grupce niezbyt lubianej przez większość całej grupy). W środę przyjechałam specjalnie prawie godzinę wcześniej, by kupić sobie podręcznik do angielskiego, ale księgarnia się na nas wypięła i nie przysłała swoich przedstawicieli. Godzina zmarnowana, a i tak trzeba będzie pobiegać po Szczecinie za książką. Ale za to niespodziewane podróże autobusowe z Wiolą kształcą - tym razem od słowa do słowa dowiedziałam się kilku piorunujących rzeczy oraz, że świat jest bardzo mały, a także powiększyła się znów ekipa na kolejny Woodstock ;)

Czwartek był dniem szalonym. M.in. wejściówka (choć większość z nas pisała ją całe 1,5 godziny...) z wojny peloponeskiej, ale nie podręcznikowej, a według niejakiego Tukidydesa. Na szczęście można było korzystać z notatek, które to zresztą robiłam już od kilku dni wstecz, a kończyłam w czwartek autobusie... Wszyscy coś tam mieli, całe ławki zasłane papierami, tylko że nikt nie jest pewny, czy te notatki i papiery mają właściwą treść, bo chyba nie było tak mądrego, który by w tydzień przeczytał całe 500-stronicowe Tukidydesowe Dzieło przy tym wszystkim, co my tam jeszcze robić mamy... Powrót do domu był bardzo stresujący, bo na 20.00 już miałam być spowrotem w Szczecinie, a z uniwerku wyszłam dopiero po 16.30, tym bardziej, że najpierw 60 nie chciała przyjechać, a potem pół godziny marzłam na przystanku, czekając na osławione 107, które jakoś nie przyjeżdżało (choć w tym czasie powinno przyjechać 4 razy...). Potem podróż się wlokła, bo nasi wspaniali drogowcy rozdłubali drogę... A jakiś spity Pan Z Teczką za mną gadał mi do pleców i popędzał naszego "woźnicę", jak się wyrażał o kierowcy. Wpadłam do domu i wypadłam, lecąc znów na autobus. A wszystko to, bo z częścią mojej ukochanej klasy licealnej postanowiliśmy uczcić długi weekend i poszliśmy się bawić do Pinokia - osławionego klubu studenckiego (a nos mi od tego nie urósł, Agraffko ;) ). Było ciekawie i dużo Krewnych-I-Znajomych-Królika. A nawet znaleziony Pies, oczywiście już wstawiony, który bezczelnie wypił mi pół piwa, kiedy cisnęłam się na parkiecie. A nawet Kuba (nie Szczypiór :P ), który jeszcze bardziej urósł. Szalona Stelka zaprasza wszystkich na Sylwestra do siebie. Będziemy swatać, łoj, będziemy! :] Mimo wszystko do Pinokia chyba więcej nie pójdę. Tłok, ścisk, porównywalny z tym w 107 w godzinach szczytu. Tańczenie w tym wszystkim twista, czy innej labamby było przeżyciem niezapomnianym, ale chyba nie chcianym do powtórzenia. No i przykleiłam się do podłogi (rozdeptane piwo, które się tam lubi rozlewać). :P Najpiękniejszy był jednak powrót, kiedy to Damian stwierdził, że nas zabierze swym autkiem i podwiezie na przystanek na nocny autobus (tzn. nas-polickich, bo Szczecin podwoził pod domy :P ). Na uwagę zasługuje fakt, że razem było nas 7 osób do tego samochodu, ale Damian tak o nim mówił, że byliśmy przekonani, że autko jest słusznych rozmiarów... Nie było. Duczek wystawał kolanami i kawałkiem głowy z bagażnika. Nie mam pojęcia jakim cudem zapakowaliśmy się do środka, łącznie z Duczkiem, którego w bagażniku wieźć się nie dało. Cóż to była za podróż, haha... :P I tylko taka szkoda, że nie było z nami Dyni, którą równo rok temu żegnaliśmy domówką urządzoną u Damiana... I jeszcze wspomnienie Judyty, będącej obecnie w Hiszpanii, a z którą też zawsze były szaleństwa taneczne...

No i tyle. To pisałam ja. Obżarta po cały żołądek cynamonowymi bułeczkami taty.

PS.
Z rozmowy z mamcikiem, która właśnie skądś wróciła:

Ja: Gdzie byłaś?
Mama: W świecie.
Ja: I co tam robiłaś?
Mama, nawiązując do poprzedniego zdania: Świeciłam.

stokrotkowo-nadmorska
komentarze [12]

Dialogi na cztery nogi...
09:37:45, poniedziałek, 7 listopada 2005

Na poprawę humoru, bo jesienne doły się kopią coraz głębsze:

Dajlog namber łan:
Ja: Co właściwie robi sputnik?
Mama: No jak to co? Sputnikuje.
Ja: Czyli...?
Mama: Robi: sput, sput, sput...

(i kilka archiwalnych):
Dajlog namber tu:
Paula: Żabka nie jest żulipolem, bo sprzedają tam prasę.
Helga: Żabka jest żulipolem, bo zamknęli Piano.

Dajlog namber fri:
Stoimy z mamą w kolejce do budki z warzywami. Obok skrzynie z klementynkami. Przed nami mama z dwiema małymi dziewczynkami. Namawiają się.
Dziewczynka1 (z oburzeniem i zdziwieniem w głosie): Popatrz, takie coś jedno kosztuje 4,25!
Dziewczynka2: Ojej!
Dziewczynka1: I w dodatku nazywa się Klementynka! Hihi
(i zaczynają chichotać)

Dajlog namber four:
Tatek: Ale śniegu nasypało!
Ja zaskoczona: Skąd?
Tatek: Z góry.

Dajlog namber fajf:
Tatek wybiera się do teatru. Stoi przed otwartą szafą i zastanawia się, w co się ubrać, mrucząc pod nosem:
- Hmmm... bo w tej to nie mogę do teatru pójść... a ta... w tej to bym wyglądał jak artysta...

Dajlog namber siks:
Ja: Ehhh wszyscy faceci włosy ścinają...jak się ich wszyscy pozbędą, to za czym ja będę oczami wodzić?
Agraffka: Za tymi szufelkami, co je będą nosić u fryzjera...?

;)

stokrotkowo-nadmorska
komentarze [9]

Z myśli i wydarzeń różniastych...
21:18:56, sobota, 5 listopada 2005

Piątek, 28 października

Wyjątkowe pustki na wykładach, bo ludzie się już porozjeżdżali do domów na długi weekend. Po wykładach spotkanie z paroma bliskimi ludźmi z dawnej klasy. Wesoło było, choć Damiana ciągle marudziła, że brudny kieliszek, że wina za mało, że drink smakuje jak oranżada i w ogóle, że drogo... Ale to marudzenie to chyba nasz stały punkt programu już ;) Z wypadu tego wynieśliśmy takie wnioski, że grzane wino mają jednak najlepsze w Columbusie i że grzane wino jest lepsze od grzanego piwa.

Wieczorem spacerek z Helgą zakończony kawą i gorącą czekoladą u Mafii. Dawno nie piłam tak dobrej czekolady.


Sobota, 29 października

Zaczęłam porządkowanie notatek i kserówek...

Przestawianie czasu... I znów inne godziny...


Niedziela, 30 października

Dokończyłam porządkowanie notatek i kserówek...

Wieczorem pogaduchy w Sedinie przy kawce z dawno niewidzianym Naciasem. Wracam do domu, Mamiszon:"Pokaż język. No, tak jak myślałam - postrzępiony." ;)

Niedziela to także Police by night. A Police by night objawiają się facetem z krzesłem na głowie (w dodatku kręconym), tłumem ludzi, piszczącymi światłami, białym kotem i schabem po 10 zł. I wcale nie zwariowałam. Takie to po prostu nasze życie tutaj... ;)

I tylko co jakiś czas przez myśl przebiega:"a mogłam być teraz w Beskidach...wędrować...coś, do czego tak tęsknię..."


Poniedziałek, 31 października

Rano tropię sweterki w pracy Helgi. Wychodzę zadowolona z łupem, sztuk dwie. Potem podróż do Stargardu na cmentarz. Po drodze jest pięknie... Słońce oświetla kolorowe liście i łąki, po których snuje się lekka mgiełka... Na cmentarzu podobnie. Zadzieram głowę do góry, niebieskie niebo, kolorowe liście... Idziemy przez cmentarz, przystając przy grobach rodzinnych. Są i takie sprzed kilku, kilkunastu lat, i takie sprzed lat kilkudziesięciu. Ludzie, których nie znałam, których nigdy nie widziałam. A jednak czuje się z nimi w pewien sposób jakąś bliskość, nieokreśloną więź... Piękne jest nie tylko to dziwne uczucie, kolorowe drzewa i spokój dookoła. Piękne jest też życie na tym cmentarzu... To, że kiedy przystajemy przy jednym z grobów, z drzewa nad nami powoli opada żółty liść... To niespodziewany promień słońca padający przez gałęzie wprost pod nasze nogi... To ptasie piórko na jednym z grobów... Wszystkie te oznaki życia dają jakąś nadzieję. Nadzieję na co? Może na to, że po śmierci wcale nie przestajemy istnieć...

Powrót do domu. A tu - halloweenowe dzieci biegają za cukierkami. Rok temu ten wieczór spędziłam przy świeczce i kadzidełku, latając z Małgorzatą na miotle... ("Mistrz i Małgorzata") Teraz trochę inaczej, mniej magicznie, niestety... Ostatnio w ogóle na tą magiczność mam coraz mniej czasu...

A rano dzieci wdrapały się na dach furgonetki stojącej na podjeździe obok i obrywały jagódki z naszego drzewka cisowego (o informacji ogólnej - cis jest trujący). Wrzucały je do słoika... Mama wychyla się przez okno, żeby pogonić dzieciaki. A te jej wołają, że zrywają, bo "to się tak fajnie klei i potem tak fajnie się oblizuje ręce z soku"....


Wtorek, 1 listopada

Cmentarz w Szczecinie. Znów tak samo pięknie jak wczoraj... Krople fontanny na cmentarzu mienią się w słońcu, żółte liście spokojnie opadają z drzew, gdzieś ktoś gra na skrzypcach...

Jest zaduma i jest spokój... Tak właśnie powinno być. Tylko czegoś brakuje... Czego?

Wieczorem spotykamy się ze Stelką i Olą i idziemy znów na cmentarz. Nadal pięknie. Ciemność rozpraszają migoczące światełka świec... Nogi nas tylko bolą, bo pojawia się Szfarcer (najpierw tylko telefonicznie) i pojawia się chaos. Szfarcer nie może się zdecydować, przy której bramie będzie, więc biegamy od jednej do drugiej, względnie od tramwaju do tramwaju.


Środa, 2 listopada

Dziś nie mam chęci podróżować 3 godz. autobusami, by posiedzieć 1,5 godz. na angielskim, na którym będą pustki, bo ludzie dopiero wracają z domów na uczelnię i wcale nie wiadomo, czy będzie. Robię sobie więc wagary. Moje pierwsze studenckie wagary... Polegają jednak na tym, że siedzę pod grubym kocem z kubkiem herbaty z cytryną, na kolanach grubaśna "Historia Szczecina", dookoła na kanapie stare i nowe mapy i papiery, notatki...

Po południu tańczymy (wyjątkowo w środę ze środową grupą). Zaczynamy naukę nowego tańca - rumby. Rumba jest, jak to nam powiedział nasz Mistrz Tańca I Młodego Wyglądu (trener znaczy się), a więc rumba jest tańcem bardzo erotycznym. Tylko niestety pech chciał, a może złośliwość Losu, że musiałam tańczyć z facetem, który śmierdział jajkiem sadzonym na bekonie i miał tłuste plamy na koszulce, o brudnych rękach już nie mówiąc...


Piątek, 4 listopada

Z częścią grupy mamy iść do Hormona poszaleć. W końcu przychodzi nas tylko czworo, bo to ktoś chory, to znowu coś... Mimo wszystko jest fajnie. Choć... Ale, nieważne...


Sobota, 5 listopada

Jakoś smutnawo...

Gdzieś wyczytałam, że człowiek, by normalnie psychicznie funkcjonować, potrzebuje przytulać się conajmniej 12 razy dziennie. W takim razie moja psychika nie funkcjonuje normalnie, bo mnie się nie przytula zbyt często... Chyba też nie ma kto...

stokrotkowo-nadmorska
komentarze [6]