"Tak mnie ciągnie do gór jak anioły do chmur!"
11:53:45, wtorek, 16 września 2008

Dokładnie rok temu we wrześniu smażyliśmy rewalskie naleśniki i tropiliśmy tęczę, która zaczynała się w morzu, a kończyła gdzieś w wydmach. A więc w tym roku, logicznie rzecz biorąc - góry! Było cu-dow-nie! I klimatycznie, zwłaszcza w naszym kochanym polskim PKP. Całonocna podróż do Krakowa w 8 osób - boooosko. W pewnym momencie miałam wrażenie, że zawartość naszego przedziału to tylko i wyłącznie nogi, kłębiące się i próbujące sobie znaleźć trochę wolnego miejsca gdzie popadnie. Żeby to jeszcze były nasze znajome nogi, to pół biedy, ale mieliśmy 3 pary obcych nóg. Z tego 1 para była męska i usilnie wyganiała moje stopy, żeby mieć miejsce dla siebie. A 2 były nielegalnie, bo się dziewczynom nie chciało sprawdzić biletu i okazało się, że miejscówki owszem, mają wykupione w naszym przedziale, ale dopiero na dzień następny... Uroczo. W końcu jednak z dniem 31 sierpnia do Krakowa, jednej z moich miłości, dotarliśmy. Kraków objawił się gołębiami, zagranicznymi wycieczkami i słońcem prażącym. Kiedy dotarliśmy do naszej noclegowni, padłam z zachwytu. Hostel Deco (polecam gorąco!) okazał się miejscem zrobionym w konwencji 20-lecia międzywojennego. Na ścianach stare zdjęcia i rekwizyty, salon z odpowiednimi meblami, szachami i drewnianą sceną, a każdy pokój poświęcony jednej z aktorek z tamtych czasów. My mieszkaliśmy w pokoju o nazwie Pola, a na ścianach wisiały zdjęcia Poli Negri. Według mnie super miejsce, takie z klimatem. Warunki też dobre, a w cenie noclegu także śniadanie. Jedyne co, to fakt, że w pokoju mieliśmy 3 obcych, ale można to przeżyć. Zwłaszcza, jeśli jest to dwóch Chińczyków i jeden... właściwie nie wiem, co on był, chyba Anglik i oni wszyscy nie rozmawiają i jest tak jakby ich nie było. Widać tylko rozbebeszoną masakrycznie pościel (strasznie nieporządni są ci obcokrajowcy!), a jeden z Chińczyków zaznacza swą obecność strasznie długim zajmowaniem łazienki, choć kolejka do mycia się coraz dłuższa. Domniemany Anglik w ogóle wyglądał tak, jakby nie uznawał istnienia innych ludzi na tym świecie, poza nim samym. I nie spuszczał wody w toalecie. Ale nawet on nie zepsuł nam humoru.

Kraków jak zawsze cudny. Mimo, że na Rynku trafiliśmy na pobijanie rekordu w tańcu i tłumy fanów Ju Ken Dens. Mam im za złe tylko to, że przegonili gołębie, a bez nich krakowski rynek wydaje mi się trochę niepełny. Łaziliśmy ile się dało. Kazimierz zaniedbany, ale ma swój urok. Nareszcie był czas, żebym mogła spokojnie pospacerować po jego uliczkach. Był też oczywiście obiad w Chaczapuri (restauracji gruzińskiej), po którym już nie szłam, a toczyłam się. A na ciastko miodowo-orzechowe, które tam kiedyś jadłam nie mieliśmy już sił. Na Skałce trafiliśmy na ślub i osobliwie ubraną świadkową panny młodej. Łaziliśmy, łaziliśmy, łaziliśmy... Było też spotkanie z Judzią, która w Krakowie studiuje i okazało się wtedy jaki ten świat mały i że kręci się właściwie wokół naszego hostelu Deco. Hostel poleciła nam Dynia nasza, która poznała kiedyś dziewczyny w nim pracujące. Z Judytą się spotkaliśmy na Rynku i to właściwie też umówiliśmy się w ostatniej chwili, bo panowało głównie przekonanie, że J. jest obecnie w Szczecinie. (z Dynią i Judytą chodziliśmy prawie wszyscy do klasy w liceum) I kiedy Judzia nas pyta, gdzie się zatrzymaliśmy na nocleg, my mówimy, że w Deco, a ona robi dziwną minę i mówi "no co wy!". I natychmiast okazuje się, że ten przystojny i sympatyczny recepcjonista, który nam się tak spodobał, jest Judyty facetem :) W związku z tym wieczór zaplanował się sam automatycznie i wypełnił się grzanym winem w naszym hostelu z całym towarzystwem.

Poranek był bardzo osobliwy, a dokładniej śniadanie. Z siorbiącym i ciamkającym Chińczykiem. Im bardziej nam odbierało apetyt, tym bardziej Chińczyk werbalizował swoje śniadanie. A potem jak to Chińczyk, zrobił zdjęcie każdziusieńkiego kawałka kuchni, zabrał plecak i wyjechał. Oprócz tego wszystkiego był całkiem sympatyczny.

Nastał 1 września, dzieci ruszyły do szkół, a potem pubów zapić smutki po wakacjach, a my w autokar i do Zakopca! I tu mieliśmy już całe mnóstwo przygód. Mieszkaliśmy w Białym Domku z dziwnym właścicielem w środku i różnymi innymi ludźmi, np. tatą 1,5 rocznego Maciusia, który wyrywał nam Helgę, bezskutecznie oczywiście (tata, nie Maciuś). Zachwyt Helgi wzbudził bar Grota, wciąż bardzo PRLowski, w którym czasem bywaliśmy na obiedzie. Wiecie, popielniczki z firmowym napisem Społem i solniczki zrobione ze słoików z podziurkowaną i zardzewiałą zakrętką... Na szlaku z kolei spotykało się dużo przystojniaków, tak jakby tylko w górach istnieli, a u nas na nizinach jakoś niebardzo. A także Patyczaki zwane przez Mecenasa Wiecznymi Poszukiwaczami Śniegu - chodzenie z kijkami stało się teraz strasznie popularne (na nizinach mamy te do nordik łolkingu, a na wyżynach takie trochę jak do nart, podobno bardzo ułatwiają łażenie po stromych kamieniach).

Jako że, kiedy do Zakopca dotarliśmy i rozgościliśmy się w pokojach, na zegarku zrobiła się już późna godzina jak na wielkie wyprawy w góry, to tego pierwszego dnia postanowiliśmy zrobić krótką wyprawę, tak, żeby się troszku rozchodzić i czasu nie marnować. Najpierw Kościeliska, wodospadzik, z którego ukradliśmy wodę do butelek, a Ania pobrała prysznic, a potem Sarnia Skałka. Widok boski, więc trochę na nich zamarudziło się i kiedy wychodziliśmy z lasu, było już ciemnawo. Ale widoki były tego warte. Na szczycie odbyliśmy rozmowę telefoniczną z Damianem, pozdrowiliśmy Giewont, który zaraz obok, ale jakoś nie chciał nam odmachać, nakarmiliśmy się misiowymi żelkami oraz powstał film dokumentacyjny. A ja po pół godzinie odkryłam w jaki sposób nakłonić mój telefon do wysłania mmsa :)

Następnego dnia wielka wyprawa - powędrowaliśmy sobie na Czerwone Wierchy. Zmęczenie było duże, trochę kontuzji się nabawiliśmy, ale warto było. Po drodze sił dodawały dzikie maliny i jagody skubane z krzaczków rosnących na szlaku. Nigdy jeszcze nie jadłam tak pysznych malin! Oprócz tego od jednego starszego pana zaprawionego w bojach (taki górski człowiek) usłyszałam, że jestem prawdziwą górską chodziarką. Haha ja! Uśmiałam się ;) Widoki oczywiście zapierały dech i były całkowicie warte tego zmęczenia, choć lekko zamglone. Na sam szczyt Ciemniaka już niestety nie weszliśmy, chcieliśmy tym razem wrócić jeszcze z jasnością na niebie. A wszędzie, nawet na takich wysokościach, towarzyszyły nam nasze nieodłączne przyjaciółki - muchy wyglądające jak powiększone owocówki. Upiornie upierdliwe przyjaciółki. Z Anią spotkałyśmy także na szlaku Miłość Naszego Życia - ciemnowłosego, niebieskookiego przystojniaka z ujmującym uśmiechem, którego Mecenas jako jedyny facet w naszym gronie oczywiście musiał skrytykować. My się tym jednak nie zraziłyśmy, wcale! :) Wieczorem poszliśmy leczyć obolałe nóżki grzanymi napojami na Krupówkach w górolskiej Karcmie Zapiecek. Karczma objawiła się drewnianym wystrojem, starymi butelkami i kuflami na półkach, żelazkiem na duszę i innymi przedmiotami codziennego użytku sprzed sporej ilości lat, wielkimi drewnianymi saniami wiszącymi pod sufitem oraz piecem, a także pysznymi grzanymi napojami w ślicznych naczyniach (jedno oczywiście znalazło się całkiem przypadkiem w posiadaniu Helgi) i menu pisanym po góralsku z górolskimi wiersykami, z których się zaśmiewaliśmy. Ale karczma objawiła się jednak przede wszystkim młodymi góralami śpiewającymi i grającymi na żywo. Bez wątpienia genialny chwyt marketingowy, przyciągający turystów - nas przyciągał codziennie ;)

W środę postanowiliśmy odpocząć, ponieważ nasze nogi trochę protestowały, a więc środę poświęciliśmy na samo Zakopane i oczywiście Karcmę Zapiecek wieczorem.

Czwartek był dniem 5 Stawów. Idzie się teraz trochę inaczej z racji zamkniętej drogi na Morskie Oko, ale te panie w słabych butkach i z dziećmi chyba tego nie wiedziały, cóż... Ja się cieszyłam, że wreszcie te stawy zobaczę, bo kiedy byłam tam pierwszy raz, była okrutna mgła biała jak mleko, więc szło się jak w Dolinie Muminków w jednym z odcinków bajki, a wody było widać tyle, co tuż przy brzegu. To oczywiście miało swój urok, ale teraz nareszcie mogłam podziwiać widoki. W schronisku oczywiście wielki kawał pysznej szarlotki, szkoda tylko, że nie na ciepło. I szybki powrót, żeby zdążyć do... teatru. Teatr Witkacego zachwycił mnie lokalizacją na zupełnym odludziu i rysunkami Witkiewicza skopiowanymi na ścianę jednego z budynków (zwłaszcza Dziewczynka Śmierdzionóżka, z której po prostu nie mogłam). Przedstawienie ("Barabasz") trudne, ale warto czasem trochę wysilić swój mózg. A chwilami przechodziły mnie ciary. Ale, że mamy szczęście do dziwnych wydarzeń, to nie mogło być spokojnie. W pewnym momencie aktorzy zmieniając scenografię zaczęli znosić jakoś podejrzanie dużo świec na scenę, a potem wyszła pani dziwnie ubrana (tzn. po współczesnemu) i okazało się, że zniknął prąd i zapraszają nas na przerwę i herbatę (Dilmah w ładnych filiżankach). Mecenas został na sali, a my ze Stelką i Helgą (Ania została w domu) poszłyśmy napić się herbatki. W pewnym momencie obok nas pojawia się dziwny człowiek: "No czeeeść. Często tu bywacie?" Na szczęście zaraz prąd się odnalazł, więc umknęłyśmy spowrotem na salę. Po przedstawieniu, kiedy już wychodziliśmy z teatru, dziwny człowiek znów się pojawił, udając że nie wie jak z tego odludzia wyjść do centrum i przyłączył się do nas. Okazał się być Przemysławem z Ustki, co przyjechał sam, bo co ma się nudzić w domu. "No to... tego... w sobotę wyjeżdżacie? A ten pociąg jedzie przez Słupsk?" Na szczęście sytuację uratował Mecenas, za co go błogosławimy po wsze czasy. Wyjął z kieszeni wyłączony telefon i bardzo głośno powiedział: "Cześć Ania, my już jesteśmy po, mamy przyjść po ciebie do domu, tak?" (w tym momencie Stelka zdziwiona popatrzyła na swój telefon, czemu właściwie Ania dzwoni do Mecenasa, a nie do niej :) Pożegnaliśmy się z Przemysławem z Ustki, który tylko prychnął i czym prędzej polecieliśmy w odwrotną stronę, niż Przemysław from Ustka. Oczywiście przez to trochę się zgubiliśmy i znaleźliśmy się koło zakładu pogrzebowego, zamiast na Krupówkach, przez co Ania przed Karcmą Zapiecek trochę się na nas naczekała. Co prawda Stelki mama z ogromną pewnością siebie przed wyjazdem powiedziała jej, że w tym Zakopcu znajdzie Miłość Swojego Życia, no ale bez przesady!

W piątek postanowiliśmy wjechać na Kasprowy i stamtąd pójść do Murowańca, w związku z tym wstaliśmy o 6.00. Pod Kasprowym okazało się jednak, że niepotrzebnie, bo za mocno wieje i kolejka nie działa... Ale co będziemy dzień marnować! I ruszyliśmy do Murowańca na własnych nogach. Widoki jak zawsze cudne, ale szarlotka już mniej smaczna. Wieczorem miał być grzaniec pożegnalny, ale z niego odpadłam, bo dopadła mnie jakaś ptasia grypa, potem także Mecenasa, co się śmiał i go pokarało. Ania ze Stelką po grzańcu poleciały jeszcze do Zapiecka, gdzie okazało się, że były urodziny akordeonisty, który już spał na akordeonie, a wiolonczelisty w ogóle nie było, bo już dawno odprowadzono go do domu, a sytuację starał się ratować skrzypek Andrzej, ale słabo mu to szło...

I nastała sobota, kiedy to Stelka ruszyła na swoje geograficzne ćwiczenia, a my po południu w autokar do Krakowa i tam pociąg, który nas wywiózł z naszej Ziemi Obiecanej na wstrętne niziny... Podróż tym razem kuszetką, więc nawet spaliśmy. Razem z nami kuszetką podróżował Pan Ojciec z małą Paulinką. Paulinka chyba była pozbawiona węchu, ponieważ spała przytulona do jednej ze stóp Pana Ojca, którą to miała opartą na czole i czule obejmowała tatę za kostkę u rzeczonej stopy. Zanim ja zasnęłam, usłyszałam jak Helga na swojej pryczy pod sufitem rechocze się w śpiworku, a po chwili dostałam smsa o treści takiej: "Najbardziej współczuję jego córce! To taka tygodniowa skarpeta sztywna jak maczuga herkulesa!" I dostałam spazmów ze śmiechu.

Szczecin przywitał nas mżawką i obrzydliwą szarością. Dostaliśmy depresji nizinnej, którą to wczoraj leczyłyśmy z Babeczkami oglądając już wszystkie zdjęcia z gór, zajadając się malinami i rozgrzewając grzańcem. Na niziny zawitała już podła jesień, w drodze do domu myślałam, że zamarznę. Ja chcę lato! I góry!

Ps.
Wybaczcie za tak dłuuugi opis, ale stwierdziłam, że muszę. Żeby pamiętać nawet za rok, jak mi było cudnie.

stokrotkowo-nadmorska
Dodaj komentarz



1 komentarzy

sobota, 20 września 2008

Godzina: 14:05:08

'Just like heaven' (: Gratuluje udanych wakacji, zawsze marzyłam o Krakowie. Pozdrawiam cieplutko :*

P.S Ale i tak fajnie, że już wróciłaś.